174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron
Kafka nad morzem - Murakami Haruki

Na sam początek, warto byłoby powiedzieć, jak zetknęłam się z tą książką, czy chociaż autorem. W mojej "historii" akurat ten moment jest dość ważny.

Znana jestem z tego, iż darzę umiłowaniem wszystkiego co japońskie. Mangi, anime, dramy. Oczywiście, moje życie, moje kredki, mój świat. Nie należy zapomnieć o muzyce, której zaczęłam słuchać jakoś w czwartej klasie. W sumie, to była pierwsza rzecz, z którą miałam do czynienia, a była ona z Japonii. Jako, że można mnie też określić mianem "wiecznego mola książkowego", trudno byłoby mi nie usłyszeć o tym autorze. Może i stało się to stosunkowo późno (jakoś w trzeciej/drugiej gimnazjum). W pewnym momencie po prostu zobaczyłam jakąś reklamę jednej z książek tego pana. Naprawdę, nie mam zielonego pojęcia, jaka to była pozycja, ale czym prędzej zapoznałam się z samym Murakamim za pomocą bardzo użytecznej, ale nie zawsze poprawnej wikipedii. Byłam zdziwiona. Książka była wychwalana. A Murakami? Zwykły facet, czynnie biegający, wygrał konkurs swoją pierwszą powieścią. Tu się ożenił, tam przeprowadził, gdzie indziej napisał powieść, znowu się przeprowadził. Z tego co zdążyłam zrozumieć, nie bardzo lubi swoistej burzy, która tworzy się niemal sama w okół pisarzy. I to by było na tyle.

Długo się przekonywałam do jakiejkolwiek powieści Murakamiego. Wiedziałam, że nie jest to "zwyczajny" tekst. Że będzie sporo momentów, w których przerwę czytanie i zadam sobie pytanie "Że co proszę?". Ale, wakacje nastały, akurat miałam jakiekolwiek większe pieniądze i oczywiście poleciałam do księgarni. A tam co? Jedna jedyna książka Murakamiego, stoi i kusi pomarańczowym grzbietem. Grzbietem szerokim (myślałam, no, z czterysta stron powinno być!). Wyciągnęłam z półki powieść i spojrzałam na okładkę. Lubię im się przyjrzeć, lubię uśmiechnąć się, jeśli mam taką możliwość. Lubię przesunąć palcem po czymś co jest tam przedstawione. Gdy zobaczyłam te przecudowne oczy, myślałam, że zejdę na zawał. Oczy, które do dziś chodzą mi po głowie, które przyciągają. Na miejscu zdołałam przeczytać może pierwszą stronę i kilka wyrwanych z kontekstu fragmentów. I, jakżeby inaczej - ostatnie zdanie.

Nie czuję się taka osamotniona, znając moje uwielbienie do twarzy modela. A wszystko, dzięki mojej kochanej siostrzenicy, która nie raz i nie dwa wyrwała mi książkę z dłoni i ze szczerym sercem pokazywała mi: "byby", "ciocia, cici". Ale jednak "pać, oko!" jest czymś radującym serce, serio.

Może to śmieszne, ale chyba jednak jestem ignorantką. Dopiero po przeczytaniu całego prologu, wstępu, czy jak nazwać tekst nazwany "Chłopiec zwany Kawką", dostrzegłam dwie nazwy. Kafkę i Kawkę właśnie. Z tego wszystkiego, aż wróciłam do pierwszej strony i przeczytałam te kilka stron po raz drugi. Nie licząc tego wstępu, książkę można podzielić na dwie historie, całkowicie (przynajmniej początkowo oraz powierzchownie) ze sobą niepowiązane. Rozdziały nieparzyste pozwalają czytelnikowi poznać historię piętnastoletniego Kafki, który wyrusza z domu, opuszcza ojca, ucieka przed klątwą. Natomiast, początkowe parzyste rozdziały są raportami z tajemniczego omdlenia dzieci na wzgórzu zwanym Miską. Dopiero w szóstym mamy okazję ujrzeć pana Nakatę w całej krasie. Człowieka starszego, rozmawiającego z kotami, uprzejmego, acz mającego pewien defekt. 

Pierwszy raz książkę zmuszona byłam czytać strasznie wolno. Były wakacje, które spędzałam jedynie z babcią. Siłą rzeczy siedziałam z nią prawie całymi dniami. I siłą rzeczy, krytykowała mój brak dbania o oczy, o to, że powinnam się poopalać, skoro świeci takie ładne słoneczko, a nie siedzieć w cieniu z książką. Dlatego starałam się czytać powoli, dokładnie, co jakiś czas odkładać książkę by coś zrobić, pomagać we wszystkich pracach. Ale i tak czytanie zabrało mi tydzień. Tylko tydzień. Jak nie mniej. I w sumie, to nawet cieszę się, że moje czytanie tego tekstu było aż tak dokładne.

Widziałam kilka opinii na temat tej książki, a raczej jej bohaterów. Każda z osób opisywała Kafkę czy nawet Kawkę. Pojawiał się w opisie pan Nakata. Hoshino czy pani Saeki także. Ojciec Kafki. Ale z zaciekawieniem próbowałam rozwikłać, dlaczego - do stu diabłów - pana Oshimę tylko wspominano i jak najszybciej od niego uciekano. Później dotarło do mnie, że możliwości jest kilka. Jedną z najbardziej rzucającą mi się do gardła jest fakt, że pan Oshima wcale nie jest "panem". Od razu powinnam też zaznaczyć, iż to właśnie on jest moim bohaterem numer jeden w tej powieści. I koty. Serio, co te zwierzęta potrafią zrobić z życiem *odgania Kota z klawiatury laptopa*. 

Dwie osoby podążają w jednym kierunku. Jedna ze względu na chęć ucieczki przed klątwą i pragnieniem odszukania matki i siostry. Druga, nie bardzo wiedząc gdzie się kieruje, gdzie idzie, co go czeka na miejscu, ani jak tam dotrzeć. Wie, że musi "tam" się znaleźć. Pomiędzy miękkimi okładkami (taki mój mały fetysz miękkich okładek, nieważne...) można znaleźć nie raz opis zwykłego dnia. Człowiek wstaje, myje się, je śniadanie, idzie na siłownię, wykonuje konkretne ćwiczenia, myje się, przepiera strój. 

Ostatnio nawet poruszyłam ten fenomen z przyjaciółką. Moim pytaniem było: "Jak ten facet to robi, że opisuje całkowicie zwyczajny dzień, a to tak wciąga?". Dyskusja ciągnęła się przez całe miasto, jak to mamy w zwyczaju, a ciągle wypadające z naszych ust argumenty przyciągały uwagę innych osób. I może nie powinnam tego robić, ale przyznaję się bez bicia; przeczytałam kilka książek Murakamiego, każda z nich posiada tę zwyczajność, która w sumie znajduje się na każdej stronie, a jednak nie można oderwać się od tekstu, a ja nie potrafię zrozumieć tego fenomenu. Ale to właśnie porwało mnie totalnie, zamknęło w klatce składającej się ze zdań, z obrazów przedstawionych słowami. Zdania - niby zwyczaje, nic co by było "cudowne". Litery - przecież każda książka zbudowana jest z tych samych liter!

Powolna, ale nie męcząca. Przesycona erotyzmem, ale nie erotyczna. Dająca napięcie, ale nim nie żyjąca.

To, na co powinnam zwrócić uwagę trochę wcześniej, jest fakt, iż Murakami przykłada straszną wagę słowom. Niektóre są wyraźnie zaznaczone, by przyciągnąć uwagę. By pokazać ich ważność oraz "ciężkość", której koniec końców się nie czuje w sposób destrukcyjny. 

To jest właśnie to. Powieść napisana w ten sposób, by dać odczuć to co się dzieje, pozwolić przeżyć to razem z bohaterami, być niemal naocznym świadkiem, a równocześnie zachować spokój ducha i myśli nawet w najgorętszych momentach.

W każdym razie - gorąco polecam.