174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Bajkowo, ale nie do końca

Bajki - Oscar Wilde

Kolejna książka, z serii: cienka i mała, będę mogła spokojnie nosić ją codziennie w torbie do szkoły. No. Taki był zamiar, serio. Ale już po pierwszym dniu zaczęłam czytać w domu, przed snem (na ten czas miałam inną książkę do czytania, ale to jest nieważne). I jako, że jest to zbiór opowiadań, każde omówię osobno. Bo tak. 

Szczęśliwy książę. 
Może to zabrzmi nieco śmiesznie, ale te kilka stron, w takim malutkim formacie wzruszyło mnie niemiłosiernie. Niewątpliwie, bajka ta przedstawia wiele wartości, które powinny współgrać z życiem ludzi w tej chwili, czy nawet za dwadzieścia lat. Nie potrafię mówić o pomniku, upersonifikowanym pomniku "szczęśliwy książę". Brzydzi mnie ten zwrot, gdy sobie pomyślę o tym, co tak naprawdę jest "akcją" tego krótkiego utworu. Co z tego, że "Kiedy jeszcze żyłem i miałem ludzie serce [...] nie wiedziałem, co znaczą łzy" jest wyraźnie zarysowaną przeszłością postaci. Nie znający trosk książę, który został uwieczniony w postaci rzeźby. Brzmi... bajecznie właśnie. Lecz gdy człowiek przyjrzy się tej historii dokładniej, dostrzeże pewien szczegół. "Umieszczono mnie na tym cokole, tak wysoko, że mogę widzieć całą rozpacz i nędzę mojego miasta i serce moje, aczkolwiek z ołowiu, bezustannie musi płakać." Ktoś, kto został wychowany tak a nie inaczej, w momencie ujrzenia tragedii, która jest nierzadko życiem ludzkim, nie potrafi powstrzymać się przed bólem, którego nie można się ustrzec. Książę, może nie "szczęśliwy", ale na pewno "rozumiejący" powinien być przykładem dla chociażby polityków. Może nie powinnam mieszać się w sprawy rządu, ale czy jakikolwiek poseł widzi ból i nędzę naszego państwa, czy gdziekolwiek na świecie? Dobry żart. A powinien. Bo po śmierci nie pozostanie po nich pomnik, złocony, z rubinami, szafirami. Nie. Po nich pozostanie jeszcze większa rozpadlina w postaci kryzysu. To właśnie pozostanie.

Słowik i róża.
Czy ciężko jest mówić o miłości? A jak ciężko ją osiągnąć? Czy może powinnam napisać, zdobyć? Jako osoba pragnąca wreszcie dowiedzieć się, czym tak naprawdę jest miłość, jakie to uczucie, jako osoba, która pragnie zrozumienia i akceptacji w podejmowanych decyzji, które nie raz i nie dwa wywiodły w pole. Ale jednak, chcę znaleźć bratnią duszę, drugą część mojej duszy, kogoś, o kim będę mogła powiedzieć "Kocham". Tak zwyczajnie, bez okazji, bez święta, bez fanfar. Z serca i umiłowania. Opowiastka o słowiku i róży. O potędze miłości, wiary w drugiego człowieka, poświęceniu. Gdy tak pomyślę, nie widzę słowika, a człowieka. Widzę postać z krwi i kości, postać z palcami i włosami, która z miłości potrafi się poświęcić. Potrafi odejść właśnie dlatego, że kocha. Potrafi odsunąć się w cień, jednocześnie robiąc bardzo dużo dla dobra tej osoby, która jest jej ważna. Prawdę powiedziawszy, wydaje mi się, że na tym polega miłość. To jest to. Pozwolę odejść i być szczęśliwym z inną osobą, bo kocham. Bo chcę szczęścia tej drugiej osoby, tej, na której mi zależy. Coś jednocześnie fenomenalnego, ale i brutalnego. Bo czy rzeczywistość nie jest brutalna? Czy oddanie ukochanej osoby w ręce innej nie boli? I chyba to cechuje miłość. Bo sama wolę cierpieć dla dobra tej drugiej osoby. Nieszczęśliwe w tej bajce jest to (a nie należy zapominać, że bajką po części jest nasze życie), że bywają sytuacje, w których nasze poświęcenie idzie na marne. 

Prawdziwy przyjaciel.
Och, mój egoizm. Tak mogłabym najkrócej opisać ten utwór. Z jednej strony - bezgraniczny egoizm, z drugiej - dobroć tak wielka, że aż naiwna. Nie mam pewności, w którym dokładnie roku została napisana ta bajka (choć podejrzewam, że mniej więcej w czasie powstawania "Szczęśliwego księcia", czyli około 1888 roku), ale sens historii, którą autor postanowił przedstawić swoim czytelnikom tym razem jest tak samo aktualny teraz. W czasie, gdy choroba jest wyśmiewana, gdy ukazanie cierpienia jest przejawem słabości i mazgajstwa, gdy szczera krytyka uważana jest za swoiste "ukamienowanie" autora. W czasie, gdy człowiek wykorzystuje człowieka. Gdy umiar zatracił wszelką wartość. To smutne, gdy czytam coś, co powstało ponad sto lat temu, a jest tak samo aktualne w chwili obecnej. Co jest powodem? To, że człowiek potrafi być bezgranicznie ufnym i naiwnym, czy to, że ten drugi i cwany z chęcią z tego korzysta? Te wszystkie wzniosłe frazesy. Te wszystkie nieszczere uśmiechy i uściśnięcia dłonią. Te wszystkie szyderce spojrzenia. To ma być przyjaźń? Czy może ja mam jakieś inne spojrzenie na świat i na podstawowe pojęcia? 

Nadzwyczajna rakieta.
Bywa, że w prawdziwym życiu spotykam się z podobnymi sytuacjami. Bywa, że spotykam ludzi tak głęboko przekonanych o swojej wartości, o wyższości nad innymi, że nie dopuszczają do siebie smutnej prawdy. Nie widzą, że czas ich przedstawienia w teatrze Życie się skończył. Nie wiem na czym polega to święte przekonanie. Wiem za to, że ono istnieje, że to nie jest tylko wymysł autora. Tylko na koniec przykro mi i czuję żałość względem osoby, która została wyjałowiona. Wyjałowiona ze wszystkiego, co miała. Czuję obowiązek pomocy, której nie da się nieść.
Tak naprawdę, to ciężko mi skomentować tę bajkę. Czytało mi się ją opornie. Między innymi ze względu na samouwielbienie tytułowej rakiety. Kolejne wspaniałe słowa, które kierowała w swoją stronę i o sobie były... straszne. Tego swoistego bełkotu nie szło wytrzymać momentami. Ale jednak, tak bardzo prawdziwe.

Urodziny infantki.
Chciałam napisać, że to właśnie ten utwór najbardziej mi się podoba. Właśnie. I tu napotykam taki malutki problem. Bo pomimo faktu, iż uważam, że jest to najlepszy z tekstów, albo raczej, jeden z tych, które mną wstrząsnęły, to nie można, po prostu nie godzi się napisać "podoba". To jest tak nieadekwatne, tak niestosowne, tak... obrzydliwe, że miesza mi się w głowie. Ale, ale.
Karła żałuję i w karle siebie widzę. Taka jest moja prywatna interpretacja. Może nieco na wyrost. Ale jednak. Żałuję tej osóbki, tak bardzo szczerej w uczuciach, pragnącej dać tak wiele od siebie, zapewnić rozrywce małej infantce. Niewątpliwie, uśmiechałam się przez całą bajkę. Tylko dlaczego, dlaczego to się skończyło tak, a nie inaczej? Dlaczego, siedząc rano w autobusie musiałam schować książkę, by się uspokoić, by przetrawić zakończenie? Dlaczego było ono tak niewinne i brutalne? Tych pytań jest tak wiele. Coraz więcej rodzi się w mojej głowie, chciałabym wiedzieć i widzieć więcej. Więcej rozumieć. Więcej czuć.

Rybak i jego dusza.
Nie lubię historii o miłości. A ta właśnie taką jest. Ciężko mi się czytało od samego początku. Nie będę owijać w bawełnę - mimo iż tekst ukazuje wspaniałe wartości oraz błędy, które popełniamy z myślą "to nic takiego", nie należy do moich ulubionych. Jest tak samo wpływający na myśli i uczucia czytelnika jak wszystkie inne, jest tak samo brutalny, tak samo tętniący tym wszystkim o czym opowiada, tak samo żywy i realny. Ale nie ścierpię tego, po prostu nie ścierpię.
Mam uraz. Uraz do samej siebie, bo powiedziałam sobie: "To tylko niewinna bajka. Daj spokój, pragniesz poznać klasykę, pragniesz poznać autorów, których podziwiaj, cierp. Tak właśnie będziesz ich poznawała. Poprzez cierpienie łączące cię z bohaterami." Jakiegokolwiek kopa by to nie dało, jakkolwiek by to nie zachęciło, nadal nie mogę zrozumieć fenomenu, który nie pozwolił mi przerwać.
Dlaczego jesteśmy w stanie poświęcić tak dużo dla osoby, która jest dla nas tak ważna? Bo ją kochamy. A dlaczego jesteśmy w stanie zdradzić tę osobę, odejść od niej i popełnić czyny haniebne? Bo wydaje nam się, że nam wolno. Że człowiek się myli, że ma prawo do błędów. I to uderza w ten czuły punkt w każdym z nas. Bo tak wcale nie jest.

Młody król.
Czasami (powiedzmy, że lepszym określeniem byłoby "zawsze") czuję się tak jak ten młody król. Zdarza się, że los mnie rozpieszcza, że nie widzę cierpienia i wołania o pomoc. I jakkolwiek byłoby to złe, upajam się w szczęściu, które towarzyszy mi chociaż przez moment. Ale po tej chwili następuje olśnienie. Moja dusza i umysł na nowo się otwierają. Oczy uczą się widzieć. Wtedy odsuwam od siebie wszelkie wygody. Wtedy staram się nieść pomoc. Wtedy sama cierpię, wtedy moje płuca są pełne wody. Sama zaciskam pętlę na własnej szyi. Ale robię to z myślą o szczęściu ogółu. Bo jestem typem, który bardziej martwi się o innych niż o siebie. Mój problem tkwi raczej w tym, że moja "bajka" ma zdecydowanie mniej szczęśliwe zakończenie. Mniej w tym cudowności. Mniej zrozumienia i ujrzenia krótkowzroczności ze strony osób, które mają możliwości niesienia pomocy, a tego nie robią.
W życiu tak jest, że prędzej nas zniszczą, niż podziękują za wyciągniętą dłoń. I to mnie zgubi, jak już nie zgubiło.

Gwiazduś.
Opowieść (kolejna już, zresztą) oparta na egoizmie, ale tym razem sięgającym zenitu. Egoizmie, który jednak przeminął, który ustąpił miejsce zrozumieniu.
Dochodzę do wniosku, że każdy przeciętny nastolatek powinien przeczytać właśnie tę bajkę. A dlaczego tę? Dlaczego nie chociażby "Szczęśliwego księcia"? A to z prostej przyczyny.
Swoją rodzicielkę każdy szanować powinien. Gotuje się we mnie, gdy słyszę określenia "moja stara". Albo "ta kobieta jest jakaś chora". Doprawdy, czy młodzież jest tak bardzo niewidząca? Może to fakt, że ja nie mogę nazwać nikogo mamą taką mnie stworzył, bo ja (chociaż wiem, że dzieckiem planowanym i chcianym nie byłam) potrafię darzyć uczuciem tę mgiełkę pamięci, która pozostała z dzieciństwa po tej ważnej dla mnie osobie. Nie potrafię ukazać tego, jak jedna osoba, właśnie ta osoba, jest ważna w życiu człowieka. Wiem, że jej wartość jest ponad przeciętna. Wiem, że śmierć tego kogoś, nie ważne kiedy, zawsze będzie za wczesna. Zawsze złamie.
I tego uczy sam Gwiazduś na własnej osobie. To właśnie przeżywa. Jak taki współczesny nastolatek, odnajduje w sobie właśnie tę mgiełkę. I lgnie do niej. Cierpi dla niej, ale chce. Chce być. I to jest w tej bajce najcudowniejsze.

Olbrzym-samolub.
"Dzieci to najpiękniejsze kwiaty" - to jest to, co powinni mieć w sercu wszyscy ludzie. To jest to, czego nierzadko brakuje. To jest to, co sama posiadam i jestem z tego dumna.
Ale jednak najważniejszym elementem, tym na który powinnam zwrócić uwagę, jest odwołanie do historii zawartej w Biblii. Nie każdy podjął się jej przeczytania, ale ten fragment znają wszyscy. Wszyscy wiedzą jak zakończył swój żywot Jezus.
I w tej bajce mamy Jezusa. Jego stary, ale jednak nowy obraz. Obraz w postaci zranionego dziecka, a nie dorosłego. W postaci kogoś, kto przyszedł nawrócić, odszedł, bo wiedział, że powinien, że ta druga osoba da sobie radę. Ale powrócił, gdy nadszedł odpowiedni czas, mówiąc, że rany jego, są ranami Miłości. Jego miłości. Piękne uwieńczenie całej książki, wszystkich historii. Najcudowniejsze ukazanie tego, jak wygląda życie przeciętnego człowieka. Jak właśnie ten przeciętny człowiek potrzebuje niekiedy pomocy. 
A ta z kolei, daje zbawienie.