174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

P jak pieniędzy brak oraz d jak długi znikąd. Czyli o tym jak wyjechać i nie zwariować.

Jako, że piszę ten tekst już trzeci raz z rzędu, tym razem będzie nico inaczej. Bom wściekła za wsze czasy.

 

Zwariować było łatwo. Za łatwo. Książki zostały skonfiskowane, laptop zamknięty w domu, 400 km ode mnie. Oszczędzono mi jedynie telefon wraz z zestawem słuchawkowym. Tyle dobrego, bo już wariowałam, bez normalnego i codziennego dostępu do moich książek. Poradziłam sobie z tym problemem za pomocą ucieczki na pół godzinki do księgarni. Z tym, że kupno nowej książki zostało zauważone. I skrytykowane. I skonfiskowane. Znowu. Co do długów - narobiłam sobie ich u znajomej. Okazało się, że człowiek oprócz książek do czytania, do życia potrzebuje także jedzenia i picia. Brawo ja - jedyna osoba, która nie przewidziała wydatków na posiłki przez trzy dni.

 

Na jazdę w jedną stronę zabrałam sobie Tam gdzie spadają Anioły Doroty Terakowskiej. Pomyślałam sobie, że taka lekka i przyjemna książka dobrej autorki umili mi jazdę, która trwała sześć godzin. No więc, tak, umiliła, oczywiście. Z tym, że to miała być lekka lektura. I teoretycznie taka powinna być. Ale po co sobie ułatwić, skoro można utrudnić? No właśnie, mądry Polak po szkodzie. Chociaż tu nie było szkody. Ale od początku.

Każdy ma jakieś wyobrażenie swojego Anioła Stróża. Nawet jeśli w niego nie wierzy, to gdzieś w podświadomości utkwiony jest jego obraz. Często podobny do kiczowatych obrazków, których jest pełno. Ja sama brałam udział w konkursie, którego uczestnicy mieli za zadanie opisać swojego Anioła. Dlaczego nie zdziwiłam się, czytając niemal takie same opisy Boskich Stworzeń, które (każda!) miały skrzydła (koniecznie wielkie i białe), długie, jaśniejące włosy, szaty, tak jasne, że ich kolor był nie do rozpoznania. I dobro wypisane na twarzy. Hmm, w sumie nic mi do tego. To, że moje wyobrażenie dotyczące Aniołów jest inne, nie znaczy, że złe, prawda? Tak myślałam, a raczej zastanawiałam się przed lekturą tejże książki. Po niej dotarło do mnie kilka ciekawych wniosków.

1. Każdy człowiek dostał Anioła.

2. Anioły lubią pokazywać się dzieciom właśnie w tej uczłowieczonej, ale jednocześnie uskrzydlonej postaci. 

3. Anielska opieka nie równa się bezgranicznemu szczęściu.

Z tym, że autorka przedstawiła te i jeszcze inne zagadnienia w tak wspaniały sposób, w tak niewyobrażalnie dobrze dobranych słowach, że nie potrafiłam się oderwać od lektury. Bo, że książka będzie dobra, to wiedziałam. Nie sądziłam, że aż tak mnie wciągnie we własną rzeczywistość.

Jeśli ktokolwiek ma okazję do przeczytania tej, czy innej książki Terakowskiej - zachęcam. Są wspaniałe.

 

Następne - zakupione na konwencie we Wrocławiu - książki są o wiele lżejsze. W drugim tomie Zakochanego tyrana znajduje się nieco więcej dramatu, w porównaniu do pierwszego. Tym uderzyło mnie w moje biedne i schorowane serducho. Lecz nadal jest to typowa manga, bardziej komediowa. Jak każda manga - ma dostarczyć rozrywki. Daje jakieś podłoże do rozmyślań, nie twierdzę, że nie, ale szczerze powiedziawszy, są tylko dwie serie, które dorównują powieściom. Nigdy przeze mnie nie wspominany dziesięciotomowy cykl Angel Sanctuary, który był moją pierwszą mangą, jaką dane mi było przeczytać. Następnie jest jeszcze Balsamista, także niewspominany (tak mi się wydaje...), który niebawem ma zostać zakończony. Na równi jestem w stanie postawić jeszcze Beautiful Days. To jest takie moje podium, które ma ogromne znaczenie dla mnie jak i mojego całego życia. Może i trochę śmieszne, bo niby jak komiks mógłby zmienić życie? Ano, mógłby.

Na konwencie kupiłam także Bieleckiego, o którym już kiedyś wspominałam. Czym jest Bielecki? To parodia, a jakże. Anika, autorka, parodiuje Harry'ego Pottera. Ale jak! Powiem szczerze, że gdybym miała możliwość kupienia naraz dwóch tomów, zrobiłabym to. Rafael Bielecki: Pół roku bez wyroku,, to książka o Polakach. Bielecki, to stereotypowy Polak, który zna się na łacinie podwórkowej i... no, i tylko na niej, na dobrą sprawę. Po drodze wychodzi na to, że potrafi coś jeszcze i to nie byle co! 

Na sam początek, należy pogratulować autorce okładki, Katarzynie Nowińskiej. Odwaliła kawał dobrej roboty. Do każdego rozdziału był rysunek. A okładka... Mój Boże, Bielecki w pełnej krasie. Nie wydelikacony paniczyk, nie dres, nie menel, ale Bielecki w cudownych bokserkach w serduszka. Z przerażeniem na ryju i spodniami spuszczonymi do kostek. Prawdę powiedziawszy, widziałam niepochlebne komentarze dotyczące tej grafiki, ale ja sądzę, że lepsza być nie mogła. Bo ta jest idealna. Oddaje stan psychiczny Rafaela w stu procentach, wierzcie mi, znam go od pieluch.

Minusem jest to, że pojawiły się błędy. Liczne błędy, na nieszczęście. Bo jak rozumiem, że autorka przy zmianie wszystkich nazw własnych, których użyła pani Rowling, mogła pominąć jedną czy dwie, bo to tylko autorka. Ale zdarzały się braki przecinków, mało logiczne zdania, składnia chwilami się sypała. Na początku. Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, by napisać o stopce redakcyjnej, w której możemy zobaczyć, co następuje:

Redakcja i korekta

Nawet nie pytajcie... Poza tym, kto by się tego podjął...?

 

W takim razie, łatwo zrozumieć, że całość jest Aniki, znanej również jako Anix. Bez poprawek, bez upiększeń. A po co wspominam o tym? A po to, by zauważyć, że autorzy zawsze korzystają z usług edytorów, którzy poprawiają tekst i niejednokrotnie poprawiają także jego wartość. Dlatego też, ogromne brawa dla Aniki, którą szczerze podziwiam i lubię.

Oby natchnienie i wolny czas znalazły do Ciebie drogę.

 

I już ostatnia książka, którą przeczytałam w ciągu tygodnia: Dowód. Nie zamierzam pisać całego tytułu, no uważam to za bezsensowne. Bo chciałabym przejść do części ważniejszej.

Jakie są minusy? Pojawiły się błędy. Nie było ich dużo. Zaledwie kilka, ale jednak. Ponadto - tu nie jestem pewna z jakiego powodu, ale o tym za chwilę - niekiedy gubiłam się w opisach wszystkich reakcji organizmu. Możliwe jest to, że czytałam ją wieczorami, kiedy byłam już mocno zmęczona, a może dlatego, że to faktycznie było nie do końca dobrze napisane. Ale u mnie złapało za to minus. Poza tym, niekiedy nie potrafiłam się oprzeć wrażeniu, że autor koloryzuje to co przeżył, jeśli naprawdę tak się stało. Bo było to napisane dość chaotycznie, dość nieprawdopodobnie. Ja rozumiem fakt, że jest lekarzem, że dla niego to też pewna nowość, ale były takie momenty, kiedy zapalała mi się lampka z napisem "fikcja". Nie było tego wiele. Zdecydowanie częściej pokładałam wiarę w przedstawione sytuacje. Bo pomimo wszystko było to napisane dobrze. Doświadczony pisarz mógłby sam to wymyślić, ale nie lekarz, tak więc powiedzmy, że wierzę, ale mam w sobie nutkę obawy przed kłamstwem. Tak to ujmę.

Książka sama w sobie ciekawa, ale można jednak znaleźć lepsze. Mimo wszystko nie żałuję czasu, jaki jej poświęciłam.

 

Kupioną we Wrocławiu (a w sumie to pod Wrocławiem) książką, jest Warsztat książek zakazanych. Gdy dostrzegłam ją na półce - wiedziałam, że jest dla mnie. Czułam to. Jeszcze jej nie skończyłam, ponieważ musiałam ją odłożyć na półkę, ale akcja dzieje się w piętnastowiecznych Niemczech, kiedy to powstaje druk. Autor zgrabnie opisuje to, jak mogło do tego dojść, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że historia poskąpiła informacjami na ten temat. Jak dla mnie - przeczytane 200 stron - jest niesamowite. Może to w porównaniu do całości mało, ale jeśli początek jest tak dobry, to wątpię by autor, którym jest Eduardo Roca, zepsuł resztę część książki. Teraz tylko czekać na to, aż skończę i będę mogła ocenić całość.

 

Na - prawie - koniec mogę powiedzieć, że wróciłam do czytania Błękitnookiego chłopca. Idzie mi całkiem zgrabnie, ale nie jestem pewna czy go skończę do soboty, która będzie dniem specjalnym. A to wszystko dlatego, że ostatnio moja pasje do pisania, rysowania i układania puzzle powróciły. Wszystkie naraz, co daje niemały misz-masz na moim biurku, na którym znajdują się w chwili obecnej puzzle, książki, szkicownik z ołówkami i przyborami do rysowania oraz zeszyt, w którym piszę i długopis. Czy wspominałam o robieniu Szczęśliwych Gwiazdek? Nie? To słoik z nimi i paskami także stoi na biurku. Bo same kartki i nożyczki leżą gdzieś pod biurkiem. Cała ja.

 

A już na koniec muszę się podzielić jedną piosenką, która dotarła do mnie dopiero jakiś czas temu, ale jest niesamowita, szczerze powiedziawszy. Tak więc, klasycznie link: http://www.youtube.com/watch?v=8Z_B3TKIDRY KLIK!

Jako, że zostało już tylko kilkanaście dni wakacji, mam nadzieję, że wszyscy zdążyli wypocząć. Jeśli nie - korzystajcie z tego czasu jak możecie.

Do poczytania~