174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Coś przeciwko takiemu pożegnaniu

Homobiografie - Krzysztof Tomasik

Pamiętam - jakby to było dziś lub wczoraj, - jak zerkałam na tę książkę, która stała pomiędzy innymi, jawnie kpiąc ze mnie, z mojego niezdecydowania, z mojej - jednoczesnej - chęci oraz obawy jej posiadania. Uczucia były zdecydowanie dziecinne. Chciałam zjeść lizaka i mieć lizaka. Trwało to... ponad rok. Przy każdej wizycie w księgarni musiałam zajść do owej półki, zajrzeć w jej głąb, odszukać znajomy, kpiący, bolący tytuł i upewnić się, że nadal tam czeka, nadal tam stoi. Że nadal kpi.

 

Być może było to podyktowane przez moją nie do końca dojrzałą psychikę (ale czy można stwierdzić, iż w jakimś etapie życia każdy z nas dojrzewa w pełni, w absolucie?). A może po prostu się bałam? Tylko, pytanie - czego? Że kpić będzie mogła osoba żyjąca, umiejąca ranić? Trudno teraz szukać odpowiedzi na takie pytania. Niech to zatem pozostanie w gronie nigdy nierozstrzygniętych zagadek życia.

 

Ostatecznie postanowiłam kupić tę książkę. Pełna optymizmu, chęci - do tej pory nie wiem czego, wiary w naukę, w artystów, wyszarpnęłam ją chciwie spomiędzy innych tytułów. Pewnym krokiem udałam się do kasy, idąc szybko, by się nie rozmyślić. To co mnie zaskoczyło, to pełne zgorszenia spojrzenie kasjera. Skądinąd młodego, który pewnie nie jest idealnie niewinny. Jakby to było coś złego. Jakbym chciała - co najmniej - paradować nago przed dziećmi, jakbym chciała zademonstrować siebie, innych, cokolwiek, co nie jest przyjmowane z lekceważącym ruchem dłoni. Ale czas wrócić do tematu samej książki, a nie ludzi, którzy zawodzą za często i za bardzo.

 

Zaczynając od tego, jak wygląda, to jestem do niej naprawdę przekonana. Okładka (jak zwykle miękka) zachowana w bieli i czerni oraz odcieni wynikających z połączenia tychże, wydaje się mi odpowiednia. Brak tutaj tęczy, brak radosnego trzymania się za dłonie, brak jakiegokolwiek odpowiednika szczęścia. Jedyne, co emanuje, to niepewność oraz... chęć ukrycia się? Prawdopodobnie. Wielkim plusem (zwłaszcza dla moich oczu) jest to, iż książka ta ma naprawdę grube kartki i nie prześwituje tak mocno druk z drugiej stronicy. Jest to niesamowicie ułatwiające czytanie, wygodne i niemęczące. 

 

Cały tekst podzielony jest na dwadzieścia rozdziałów, które można czytać osobno, wyrywkowo czy wybiórczo, jeśli interesuje nas konkretna osoba. Każdy rozdział traktuje o jednej konkretnej osobie. Oczywiście w dużej mierze znajdują się tam inne postaci - najczęściej spotykanym był chyba Iwaszkiewicz lub Szymanowski. Nie da się ukryć, iż całą opowieść ogranicza pewna ilość osób, które miały ze sobą wiele wspólnego, które znały się długi czas, pisywały do siebie listy, odwiedzały się itd. Jest to dość zamknięta grupa, do której dostęp był, ale jednak mocno ograniczony. Artystyczny świat trzymał się razem. Być może wynikało to z poczucia bezpieczeństwa, a może z poczucia tożsamości z bliskimi obcymi, którzy rozumieli bez słów, z którymi można było dyskutować przy papierosie i kłócić się przy popielniczce. 

 

Jak już wyżej wspomniałam, każdy rozdział jest w pełni poświęcony jednej postaci, na której postanowił się skupić autor. Jest to forma biograficzna, gdyż Tomasik stara się przedstawić wszelkie rozbieżności dat urodzenia, zbiera fakty potwierdzone przez wielu ludzi i wyłuszcza oraz odkrywa to, co konserwatyści usiłowali zatuszować tyle lat. Jest w tym dokładny, ale nie brutalny. Stara się działać z delikatnością, która zaskakuje i na dobrą sprawę także cieszy. Dzięki temu mamy przed oczyma produkt dobrej jakości, napisany przystępnym językiem, ciekawy, ale nie na tyle długi, by nużył. Jest to raczej zapowiedź tego, co można odkryć, kiedy zacznie się badać życie tej czy innej osoby. Ja nazywam to quasibiografiami, które mają właśnie zachęcić do poszukiwań, do odnajdywania prawdy pod toną kłamstw i retuszu zastosowanych przez wielu biografów.

 

Obawiam się, iż skupienie się na poszczególnych wątkach mija się z celem - nie zamierzam streszczać całej książki i psuć jej czytanie innym ludziom, którzy być może powzięli taki zamiar. Mogę za to opowiedzieć o tym jakie były moje odczucia po zakończeniu lektury.

 

Prawdę powiedziawszy jestem osobą raczej wyobcowaną ze społeczeństwa, zawsze wolałam czas spędzać przy książce, a w związku z tym, uwielbiałam (nadal uwielbiam) czytać i poznawać biografie kolejnych artystów, którzy w jakimś momencie mojego życia przemknęli mi przez umysł. Przez lata tych biografii, biogramów, wspomnień, listów itd. przeczytałam zdecydowanie wiele, a jednak - co pokazała ta książka - okazuje się, że nadal nie wiem wszystkiego o, chociażby Iwaszkiewiczu, którego naprawdę lubię i cenię. Nie chciałabym wyjść w tej chwili na pazerną czy przechwalającą się. Chodzi mi raczej o to, iż nawet osoby interesujące się danymi postaciami kulturalnego światka mogą odnaleźć w niej coś nowego, jakąś perełkę godną zapamiętania i przekazania innym.

 

Jednakże, jeśli ktoś oczekuje po tej książce zapisu każdej godziny z życia aż dwudziestu osób, zawiedzie się nieskończenie. A ja zawiodę się głupotą tychże. Książka ta ma objętość około 440 stron. Poświęcona jest 20 artystom, co daje 22 strony na każdego z nich. Dla porównania, wydana w tamtym roku biografia Stachury Buty Ikara, wydrukowana w większym formacie (stawiam na B5) ma tych stron 660. Dlatego kupno Homobiografii i oczekiwanie, że znajdzie się w niej szczegółowe biografie jest jak dla mnie irracjonalne, żeby nie powiedzieć - idiotyczne. To logiczne, iż autor, choćby nie chciał, musi się ograniczyć do najważniejszych, najistotniejszych i kluczowych faktów z życia artystów, więc komentarze mówiące o tym, iż ominięte zostały pewne detale, które nie wpływają na dalsze badania biograficzne pod kątem homoseksualności artystów, a które mają kluczowe znaczenie dla samego komentatora, są moim zdaniem dość... banalne. A tym bardziej nie rozumiem linczu, który pojawia się pod tą książką i tego typu komentarzami, których autorzy uważają za największą wadę całej książki właśnie to skrótowe opisywanie. Krew wrze, gdy o tym myślę.

 

Ostatecznie chciałabym naprawdę, ze szczerego serca zachęcić do przeczytania tej książki. Jest ona doprawdy idealna na długie zimowe wieczory z kubkiem herbaty/kawy/czekolady/czy-innych-napojów w dłoniach. Moim zdaniem jest też dobra na prezent, ale dla odpowiedniej grupy ludzi. Jeśli ktoś jeszcze nie popełnił zakupów podchoinkowych, a ma w gronie bliskich osobę interesującą się życiem artystów z międzywojnia, osobę, która jest ciekawa elementów kultury, które wyłaniają się na tej książce, a wreszcie osobę, która nie jest zapatrzona w koniec swojego nosa i chce/umie przyjąć do siebie prawdę o życiu..., jest to odpowiedni prezent. Ucieszy, a jednocześnie nauczy tego, co pomijane jest od zawsze w szkołach, tuszowane przez twórców podręczników, którzy samobójstwo artysty uważają za ogromny problem.