174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

We właściwym czasie

Całodobowa księgarnia pana Penumbry - Robin Sloan

Wiecie jak to jest, spoglądać na półkę i dostrzegać błagalny wzrok książki, która chce iść dalej, ale jednak nie może, gdyż jest przywiązana do właściciela przez jakąś tam sobie daną obietnicę? Mam wrażenie, że właśnie w ten sposób czuła się właśnie ta. Przeczytałam ją bardzo dawno temu, ale w związku z ciągłymi przejazdami z jednego do drugiego mieszkania, nie bardzo miałam kiedy z nią usiąść i zakończyć zabawę, którą prowadziłam już od jakiegoś czasu. Jednak nastąpił ten moment i przywiozłam ją ze sobą do drugiego domu, w którym od jakiegoś czasu cierpię na brak wszystkich swoich książek tuż obok siebie (ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu przewożenie wszystkiego z mieszkania do mieszkania na kilka miesięcy).

 

Z Całodobową księgarnią pana Penumbry spotkałam się przez przypadek. Jeden z tych, kiedy to wchodząc do księgarni z myślą "dzisiaj nic nie kupię, dzisiaj nic nie kupię...", kończy się jak zawsze, stojąc przy kasie z nową książką, już nie mogąc się doczekać jej przeczytania. Wypatrzyłam ją na półce, wysunęłam spomiędzy innych, okazalszych tomów. Pierwsze co mnie zaintrygowało to tytuł. Zapowiadał, iż będzie to opowieść o książkach! Coś dla mnie.

 

Następnie dostrzegłam cudowną okładkę. Niesamowicie mi się ona podoba, te półki z antycznymi książkami, drabinka, tajemnica. Coś co lubię! Nie obyło się rzecz jasna bez przeczytania opisu książki i zastanowienia się "czy na pewno chcesz ją kupić?". Łatwo się domyślić, co odpowiedziała mi moja dusza oraz umysł. 

 

Jest to zdecydowanie książka, którą czyta się lekko i bardzo szybko. Mnie wciągnęła od razu, ale bez większej przesady czy rewelacji. W pewien sposób byłam w stanie przewidzieć zakończenie tej opowieści, skądinąd bardzo ciekawej. 

 

Na pierwszych stronach poznajemy bohatera, który przedstawia się jako Clay Jannon. Jest to człowiek poszukujący pracy, typ współczesnego wrażliwego kulturowo intelektualisty. Każdy zna taką osobę. Wiecznie powraca do ulubionej książki, którą zna na pamięć, może poszczycić się pewnymi zdolnościami, które są pożądane przez wielu, ale co najważniejsze, od czasu do czasu niechcący wpada w tarapaty. 

 

Jednak wracając do samej książki - na nasze szczęście (?) odwiedza on pewną nietypową księgarnię. Pewnie jest jakieś przysłowie określające wydarzenia, które miały następnie miejsce, jednak ja nie jestem alfą i omegą, i ograniczę się do stwierdzenia, iż nasz główny bohater zostaje wciągnięty do świata starych ksiąg, szyfrów i dziwnych szat.

 

Tym razem moja ulubiona postać (uwaga!) nie umarła na kartach opowieści, gdyż jej tam nie ma. Mogłabym powiedzieć, że bardzo ciekawie autor oddał postać samego twórcy czcionki Gerritszoon, jednak sama nigdy się nim nie interesowałam. Z tego też powodu nie mogę powiedzieć, że jest to moja postać. Całkiem sympatycznie rysuje się wizerunek pana Penumbry, taki poczciwy z niego staruszek, chciałabym mieć takiego dziadka. Jednak nie jest on w żaden sposób odkrywczy, ot, kolejny dziadek z pasją.

 

Cała akcja książki krąży wokół tajemnego szyfru, jeszcze bardziej tajemnego stowarzyszenia, czegoś o nazwie Codex Vitae, otwartej całą dobę księgarni, w której nie bardzo jest co kupić oraz kilkorga osobników, mniej lub bardziej zafiksowanych na punkcie starych zaszyfrowanych ksiąg. Być może jeszcze nie uwidoczniłam tego za bardzo, ale chodzi o szyfr. A każdy wie, że przy złamaniu albo chociaż próbie tego, są zwolennicy i przeciwnicy. I tym razem nie mogło być inaczej.

 

Ludzie chcą, żeby rzeczy były prawdziwe. Jeśli tylko dasz im pretekst, uwierzą ci. (s. 78)

Z mojej strony (bardzo staromodnej, ale chyba czas to zmienić) jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałabym poruszyć, tak za autorem. Mam na myśli końcowy fragment o elektronicznych książkach i tego typu gadżetach. Samo to, jak nazywam tego rodzaju przedmioty mówi, jaki mam do tego stosunek. Nie potrafię przekonać się do chociażby Kindla (którego naprawdę wiele osób mi poleca i zaleca, ale żadna nie chce sprezentować). Autor jednak zdecydowanie dostrzega wielkie plusy elektryfikacji książek (czy to się tak nazywa?), z czym ja zgodzić się (konserwa!) nie potrafię. Nie jest to kwestia tego, iż podane w książce argumenty do mnie nie przemawiają. Ja ich po prostu nie dostrzegłam. A szkoda. Być może czegoś bym się nauczyła.

 

W wielkim skrócie, jest to książka idealna na jesienne wieczory pod kocykiem, z kubkiem gorącego napoju (polecam kawę z cynamonem/herbatę z imbirem/gorzkie kakao [lub czekoladę] z jednym i drugim oraz bitą śmietaną na wierzchu!). Można ją określić jako nieco uboższą wersję przygód Roberta Langdona (wpadło mi to do głowy bez związku), wymagającą dużo mniej prywatnej wiedzy o sztuce. Co tu dużo ukrywać - autor Całodobowej księgarni nie karmi nas tak obficie ciekawostkami historycznymi co Dan Brown. Jednak uważam, że sama powieść jest raczej dobrym pomysłem na prezent dla młodego czytacza. Objętościowo raczej nie przerazi, a lekkość z jaką została napisana - pochłonie niejednego nastolatka, który dopiero zaczyna odkrywać piękno literatury.