174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Tymczasem wszyscy mamy się dobrze

Biuro kotów znalezionych - Kinga Izdebska

Tym razem będzie krótko i prawdopodobnie przez najbliższy czas tak już pozostanie. Z kilku powodów nie mogę poświęcać tyle samo czasu nie tylko na pisanie, ale i czytanie książek. Póki co nie martwię się tym jakoś szczególnie, bo zamiast swoich prywatnych lektur mam inne, nieco mniej mnie interesujące, ale nic na to nie poradzę. Póki co z tych obowiązkowych jedna pozycja poznana we fragmentach zaintrygowała mnie na tyle, iż postanowiłam przeczytać całość. Trudniej jest ją niestety zdobyć, ale może w jakiejś bibliotece znajdę.

 

Początkowo planowałam zdobyć wszystkie książki w tej serii. Nosi ona wdzięczną nazwę Biosfera i z wszelkich opisów zapowiadała się naprawdę ciekawie. Moim zdaniem wszystko, co jest o korelacji pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem zasługuje na chociażby moment zastanowienia się nad daną pozycją. Tak myślałam przed przeczytaniem tej książki. Może oczekiwałam od niej za dużo. Może uznałam, że będzie to wręcz nieśmiertelna historia o tym, że nie tylko kot zależny jest od człowieka, ale i człowiek od kota. Chciałam czegoś mocnego, wciągającego, pasjonującego. Dostałam czytadło, które jak szybko się zaczęło, tak szybko skończyło. Można to było czytać w każdym miejscu, bo tak naprawdę nie trzeba było przy tym myśleć. Autorka pakowała nie tylko wiedzę, ale i swoje uczucia w głowę czytelnika i nic więcej. Z perspektywy czasu i ilości książek, które znacznie przewyższają tę pozycję stwierdzam jedno - historia dobra na lato, na plażę, lekka i przyjemna.

 

Zacznijmy jednak od początku. Biuro kotów znalezionych zostało napisane przez panią Kingę Izdebską. Prawdopodobnie chciała ona pokazać jak życie zmienia się dzięki (/przez) pewnym futrzakom. Zamysł wydawał mi się nawet dobry. Sama jestem kociarą i z chęcią czytam o kotach. I tak pewnego słonecznego dnia zakupiłam tenże egzemplarz, nie przejmując się wydanymi pieniędzmi. A to tylko dlatego, że wierzyłam, że lektura przyniesie mi uczucia, myśli i konkluzje na wyższym poziomie niż poradnik (wymyślony na poczekaniu dla przykładu) "Siedem trików jak żyć z kotem". Nie twierdzę jednak, iż poradniki są złe. Te, które napisano z dużym poczuciem humoru i dystansem do otaczającego nas świata cechują się ogromną paletą żartów mniej lub bardziej śmiesznych, informacji potrzebnych lub całkiem zbędnych, ale jednak ich podanie było kluczowe. Co prawda nie sądziłam, że ta książka będzie cyniczna czy ironiczna. Ale może to jest mój błąd? Oczekując czegoś na poziomie - przeliczyłam się. I nie wyszło mi to na dobre.

 

Sama postawa autorki, którą ta prezentuje na kartach swojej powieści jest... kiepska. Czytając o tym, jak wzrusza się nad kolejnym dzikim kocurem, jak przeżywa wszystko niczym małe dziecko, miałam ochotę nią potrząsnąć i krzyknąć prosto w twarz "otrząśnij się kobieto!". Jak wiadomo, nie mogłam tego zrobić, więc czytałam dalej. I jakby na złość, pojawia się kolejna cecha, która jest zawsze przypisana stereotypowej kociary. Stara, zaniedbana panna. Ludzie, sama uwielbiam koty, może i panną jestem, ale ani ja stara, ani zaniedbana! A tu co? Kolejny kwiatek, który objawia się oczywiście w postaci ogólnego zaniedbania się autorki . Zgrzytam zębami i zastanawiam się czy to może ze mną jest coś nie tak i wymagam tekstu elitarnego? Pewnie większość myśli sobie po co w ogóle kończyłam tę książkę. Otóż dlatego, iż byłam zwyczajnie ciekawa. Tego, czy z dziecięcej kobiety wyrośnie wreszcie dorosły. 

 

Oczywiście doceniam jej pracę. Pod względem chęci pomocy kotom jest dla mnie niczym mentorka. Pokazała prawdziwą drogę, której wielu ludzi szuka. Podziwiam ją za to, iż była w stanie przygarnąć koty z ulicy; całkiem dorosłe, dzikie, nienawykłe obecności człowieka czy chore. To jest według mojej miary godne oklasków. Ale problem jest w tym, że reszta jest zwyczajnie słaba. Plus jest taki, że czytało się to szybko. 

 

Jednym z elementów tejże książki są całkiem często wstawiane zdjęcia kotów. W niektórych przypadkach były idealnym uzupełnieniem książki, ale niekiedy miało się wrażenie, że wstawione są po to, by zapchać dziurę. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to strasznie niemiło, ale takie odczucia mi towarzyszyły podczas czytania.

 

Tak na koniec dodam, że po zakończeniu czytania tej pozycji, wybrałam jeden z jej elementów, który spodobał mi się najbardziej. I może wydać on się sprzeczny z tym, co napisałam o zachowaniu autorki, o jej ciapciatowatości, ale nie jest, gdyż jej w ogóle to nie dotyka. Mam na myśli to, iż postarała się opisywać koty i ich dalsze losy ze sporą dozą szczerości. Dodatkowo poświęciła całkiem sporo uwagi na zagadnienia związane z kociosferą, która w tego typu książkach powinna być nakreślona. Za to ma u mnie plus i pewnie z tego powodu przekażę ją w najbliższej przyszłości dalej do czytania.