174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron
Uwaga Spoiler!

Wstanie i przyjdzie

Przeklinam rzekę czasu - Per Petterson

Moje pierwsze spotkanie z tą książką wyglądało mniej więcej tak: ona sobie spokojnie leżała na półce i na mnie patrzyła. Hipnotyzowała mnie. A ja usilnie unikałam patrzenia w jej stronę. Przede wszystkim zaintrygowała mnie swoją okładką. Co prawa czytając ją, obwolutę ściągnęłam, bo tak jest mimo wszystko wygodniej, ale to właśnie ta niewidoczna część mnie wołała. Tak mijał dzień za dniem, a ja książki nie kupowałam. Ona leżała, ja ją ignorowałam i wydawałoby się, że żyliśmy w dość wygodnej symbiozie. Ale tak nie było. Ostatecznie uznałam, że muszę ją kupić i tak się stało. Przywiozłam ją ze sobą do domu, następnie na studia i wreszcie ją przeczytałam.

 

Mając przed sobą ostatnie czterdzieści stron przejrzałam kilka recenzji. W pewien sposób wymęczona tą książką, chciałam się zorientować, czy tylko ja tak to odczuwam. I jak się okazało, większość czuła tę niechęć na samym jej początku, całkowicie odwrotnie niż ja. Tak się składa, że początek pochłonął mnie całkiem szybko i sprawnie. Nic innego mi więc nie pozostało, jak przełknąć gulę w gardle i czytać dalej. Problem tkwi jednak w tym, iż jeśli czyta się po to, by skończyć, nie czuje się w ogóle radości z czytania. Ten proces nie dostarcza nam absolutnie nic, męczy niemiłosiernie. To naprawdę przykre, ale ostatnich sześć stron czytałam ponad godzinę i tak naprawdę dla mnie mogłoby ich nie być.

 

Początkowo niezwykłym doświadczeniem było dla mnie poznanie Arvida. Niepojętym dla mnie było doświadczenie, iż jest on tak bardzo do mnie podobny. Posiadamy ogrom wspólnych cech, które tak mnie urzekły. Jednak - co jest naprawdę przykre - te same cechy ostatecznie zaczęły mnie irytować, denerwować, a następnie przez nie stwierdziłam, że nie byłabym w stanie zaprzyjaźnić się z kimś jego pokroju. To jest coś takiego jak wielki kubek kawy. Uwielbiam kawę, jeśli jest z dodatkiem cynamonu, delikatną pianką na wierzchu, mielonym imbirem, z czymś szczególnym - jest dla mnie wręcz daniem. Inna droga jest taka, że ja się kawą najadam, ale teraz nie o tym. Wracając do kawy, uwielbiam ją pić. Mam dwa kubki półlitrowe i wypicie jednego z nich niemal na raz jednak jest dla mnie nieco niewykonalne. Należę do osób, które się kawą delektują, które ją sączą do czytanej powieści, rozkoszują się w niej. A nadmiar bywa kłopotliwy, gdyż nie chcę zostawić resztki w kubku, ale od zbyt dużej ilości boli już brzuch. Tak miałam z Arvidem. Chciałam go poznać. Chciałam się przekonać o tym, jak to jest, być opisaną na kartach powieści, nawet jeśli postać ma całkiem inną płeć. I już wiem. Jest to okropne doświadczenie. Arvid przede wszystkim jest dla mnie infantylny do granic możliwości. Jego małżeństwo się rozsypuje, sam nie robi nic, by cokolwiek naprawić, pcha się w sytuacje, które należą do całkiem innych ludzi, obraża i rani, chociaż tak naprawdę chaotycznie stara się bronić siebie. 

 

Są dwa powody, dla których nie skreśliłam tejże książki, gdy tylko zaczęła mnie męczyć. Po pierwsze, postać matki Arvida. Jest mi niesamowicie bliska, choć tak naprawdę swojej nigdy nie poznałam. Może i jest dla mnie jedynie jednym wielkim wyobrażeniem o drugim człowieku, ale postawiona wobec takiej samej diagnozy co postać stworzona przez Pettersona, wydaje mi się tak samo niewielka jak moja. Niewielka, a jednak staje się ogniskiem bólu, który doskwiera przy każdym oddechu. To zadziwiające jak wielkie podobieństwo czuję, pomimo tego, iż go nie widzę. A nie widzę dlatego, że nie wiem jakim człowiekiem była moja matka. Jednak reakcje i zachowanie kobiety żyjącej na stronach tej opowieści wydają mi się identyczne co reakcje i zachowanie kogoś mi bliskiego.

 

Kolejnym powodem jest sam Arvid. Niesamowicie uderzyła mnie scena, w której jego brat leży na szpitalnym łóżku, podłączony do respiratora, nie oddycha samodzielnie. W swojej niedalekiej przeszłości (raptem pięć miesięcy temu) sama stałam nad człowiekiem w takim stanie. Sama rozglądałam się po wszystkich twarzach, które chyba oczekiwały z mojej strony rozpaczy albo chociaż łez. To było tak samo jak z Arvidem. Stał i czuł się całkowicie odcięty, obcy. Jak gdyby sytuacja wcale nie dotyczyła jego brata. Tak samo czułam się ja, gdy wreszcie mogłam zobaczyć kogoś ukochanego, ale tak naprawdę nie widzieć już tej osoby, jedynie niesamodzielnie oddychającą powłokę, którą siłą zatrzymano na tym świecie. Z tego powodu poniekąd czułam wielki podziw do Arvida, który zachował się tak samo jak ja. I te powody wręcz zabroniły mi porzucić tę książkę, kazały mi ją przeczytać do końca, w pewien sposób ją uczcić.

 

Ale zaraz obok tych dwóch najważniejszych dla mnie punktów pojawia się cała ciamajdowatość Arvida, której nie potrafię znieść. I to niestety ta część powieści zrobiła na mnie tak złe wrażenie. Poznajemy człowieka, który się rozwodzi, który posiada dwie córki. Ale jak dla mnie mogłaby to być postać dwunastolatki, którą rzucił ten jedyny. Sama myśl, że ten człowiek miał potomstwo była absurdalna. Dlaczego? Jego infantylność nie pozwalała mi o tym myśleć. Wykluczała to. To strasznie przykre, gdyż autor miał świetny zamysł. Naprawdę, można byłoby zrobić z tego coś niesamowitego. Ale tego nie dokonał. Szkoda.