174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Koniec jest dobry

Nadchodzi noc - Carl-Henning Wijkmark

Nadchodzi noc jest drugą książką z serii Przez rzekę, jaką udało mi się przeczytać. Obecnie jestem w trakcie składania zamówienia na kolejną dokładkę książek, tym razem z myślą o prezencie świątecznym. I tam także znajduje się książka z tej serii. Pierwszą, jaką przeczytałam, było Cień mojego dzieckaDo tej pory jestem zafascynowana tą pozycją. Pamiętam jak opowiadałam wszystkim znajomym (którzy mieli jeszcze siłę mnie słuchać), że ta książka jest niesamowita, ale jednocześnie przejmująco smutna i tragiczna. Pamiętam, że mówiłam o niej dużo. I w wakacje, dostrzegając kolejną książkę z serii, nawet się nie zastanawiałam. Po prostu ją kupiłam i czekałam na odpowiedni moment, aż ją zachcę przeczytać. I tak - zachciałam. 

 

[...] tylko ten, kto jest wolny od iluzji, jest naprawę wolny. (str. 24)

 

Zaczęłam czytać tę książkę w trakcie jazdy do miasta. Rano spojrzałam na stos książek przy łóżku i zgarnęłam tę. Tak samo niepozorną jak inne książki z tej serii. Tak samo jak wcześniej, nie miałam zielonego pojęcia co w niej znajdę. Czy cokolwiek znajdę. Czy mnie poruszy, czy może nie. Dopiero po kupnie dotarło do mnie, że przecież nie mam gwarancji, iż i ona całkowicie mi się spodoba. Ale tak to już ze mną jest. Jeśli chodzi o książki - nie bardzo się zastanawiam przed kupnem. 

 

Kiedy  już nie jest się kochanym, nic nie pomoże, że kocha się nadal, zakradł się chłód i czas zatrzymał. W sprawach zasadniczych jest się już martwym. (str. 51)

 

Na sto czterdziestu dwóch stronach znalazłam wiele uczuć. Marzeń. Wyobrażeń. Myśli. Prawdę powiedziawszy, znalazłam tam wszystko. Wszystko co smutne i bolesne, niestety. Nie będzie żadnym zaskoczeniem stwierdzenie, iż narratorem i głównym bohaterem jednocześnie jest jeden z pacjentów sali numer pięć. Sala numer pięć (w moim wyobrażeniu) jest "salą z tragicznymi przypadkami". Zero nadziei, zero leczenia, zero walczenia, rokowanie beznadziejne. W tej sali utrzymują życie pacjenta bardziej znośnym dzięki licznym zastrzykom przeciwbólowym. W tej sali troszczą się o ludzi, gdyż doskonale zdają sobie sprawę, że ci nie przeżyją dużej ilości dni. Wszyscy bez wyjątku są na straconej pozycji. I nic nikt na to nie poradzi. Tak to już tam jest.

 

Bardziej osobliwe i wstrząsające od samych słów było uczucie, że widzą na wskroś to, czego już nie ma, ale co było mną. Dokonywali cichego pośmiertnego streszczenia mojej osoby. (str. 90)

 

Hasse jest jednym z nich. Może brzmi to trochę tak, jakby został wybrany do misji, ale jego jedyną misją było życie. A każda, jak wszyscy wiemy, misja kiedyś się kończy. Jego, nieszczęśliwie, kończy się chorobą przewlekłą, na którą nic nie ma wpływu. Oprócz jego raczej tragicznego końca, pojawiają się także inni, którzy sami widzieli metę swojego istnienia, ale nie byli gotowi na to, by ją przekroczyć. Zdawać by się mogło, że Harry, były włóczęga zrobiłby wszystko, by tylko w jakiś sposób siebie od tego uchronić, ale jednocześnie wiedząc, iż nie da się zrobić absolutnie nic, dokładnie i w szczegółach planował swój ostatni dzień. A wraz z nim Börje, nałogowy hazardzista, który przyjmował zakłady o życie wieczne. Ta trójka spotyka się. Odnajdują w sobie dawno zapomnianych przyjaciół, którym można, a nawet należy ufać. I liczyć na pomoc.

 

[...] wola życia okazuje się najsilniejsza wtedy, kiedy ból jest największy, kiedy, zdjęty paniką, staram się bronić. A gotowość śmierci, tęsknota, aby zanurzyć się w głębi, przepełnia mnie niepodzielnie wtedy, gdy zstępuje błogi spokój po morfinie. (str. 105)

 

Temat śmierci spowodowanej nieuleczalną chorobą nie jest mi obcy. Wiem, iż choroba nie niszczy tylko jednego człowieka. Niszczy całe rodziny, wszystkich znajomych, wszystkie emocje. I nagle okazuje się, że człowiek umiera samotnie, gdyż nie ma przy sobie nikogo bliskiego. Nikogo, to by go odwiedził, pocieszył czy potrzymał za dłoń. Tak nieodmiennie było z pacjentami sali numer pięć. Każdy pogrążony w swojej prywatnej samotności, pomimo naturalnej bliskości pielęgniarek niepotrafiący pogodzić się z obecną sytuacją. Jednak jestem w stanie uważać, iż każdy z bohaterów w pewien sposób przysłużył się do tego. Nie wiemy tego na pewno, mamy jedynie kilka informacji na temat każdego z nich. Ale choćby Harry. Kto miałby odwiedzić bezdomnego narkomana? A Börje? Tak naprawdę nie wiadomo, czy rodzinę ma, a gdy to się wyjaśnia, tak naprawdę powstaje jeszcze więcej zagadek wokół tej postaci. Ponadto pewna melancholia, która towarzyszy każdemu z nich nie ułatwia poznania drugiego człowieka. Z drugiej strony, kto miałby ich poznawać? Inny, cierpiący niewyobrażalne bóle chory?

 

O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć. (str. 111)

 

Historia jest jedną z wielu, jakie pisze los. Sama miałam do czynienia z ludźmi nieuleczalnie chorymi, dla których każdy kolejny dzień z jednej strony był darem, a z drugiej niesamowitym obciążeniem dla zmęczonych już ciał. Taki człowiek chciałby odejść, bo czuje, że staje się ciężarem nie tylko dla samego siebie, ale i wszystkich naokoło. Każdy bliski odczuwa odrobinę bólu, powietrze nabiera smrodu śmierci, a gorące dni nadal posiadają chłód, przed którym nie ma ucieczki. Ale Hasse idealnie obrazuje pewien problem, jaki posiadają tacy ludzie. Jednocześnie chcą i nie chcą rozstawać się z życiem. Każdy kolejny dzień jest pogodzeniem się ze zbliżającą się śmiercią, ale i walką o kolejny. Hasse nie potrafił się pogodzić, nie w sposób, w jaki uczynili to jego towarzysze. Ale tak naprawdę, czy w takiej sytuacji ma znaczenie, czy człowiek przeżył tydzień czy dziesięć dni? Wymęczone do granic ciało tak czy inaczej będzie musiało odpocząć. W takim wypadku, skończy się to zawsze tak samo.