174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Dni lecą - wraz z kolejnymi stronami

Dzisiaj w nocy (lepiej nie mówić dokładnie o której, bo wyjdzie na to, że nie śpię, tylko czytam...) skończyłam Pieśń dla Feniksa. W ostatnich dniach przeczytałam także wszystkie mangi, które zakupiłam na stoisku wydawnictwa Kotori (http://www.kotori.pl/ KLIK!), W tak zwanym międzyczasie przyjechał mój zacny ojciec (który nota bene ma ulubienicę wśród dzieci [którą ja nie jestem]) i zrobiłam sobie kolejną dziurkę w uchu. To w sumie jest mało związane z głównym wątkiem, ale niewiele mnie to obchodzi. 

 

A tak na pocieszenie dodam, iż jestem odcięta od świata (totalnie, żadnego możliwego dojazdu do miasta i z miasta), mam dwie książki z biblioteki i kolejną kupiłam. Tym razem było to W północ się odzieję, które cierpliwie czeka na swoją kolej, gdyż chwilowo chcę przeczytać to, co jest zdecydowanie nie moje. Do dzieła!

 

Terry'ego Pratchett'a chyba zna każdy - więc tego pana przedstawiać nie trzeba. Ważne, by powiedzieć, iż W północ się odzieję jest 38 tomem cyklu Świata Dysku oraz 4 tomem podcyklu o Tyffany Obolałej. Trudno się dziwić, iż zostały uporządkowane podcykle, skoro tych książek jest naprawdę wiele. Podsumowując: do skompletowania całego cyklu zostały mi TYLKO 33 tomy. Z 39. To smutne, że mnie nie stać na książki. Dlatego tym razem przekonałam babcię na litość i wręcz wymusiłam na niej kupienie kolejnej powieści. Dobrze, że nie wie, że kupiłam w Warszawie, kilka dni wcześniej inne.

 

Być może, częściowo się powtórzę, ale chciałabym więcej napisać o mangach, które przeczytałam jakiś czas temu. Dwie nawet podczas trwania konwentu, ale podejrzewam, że w najbliższym czasie do nich wrócę.

 

Na pierwszy ogień idzie Baeutiful Days. Przeczytane jako pierwsze, przemyślane i polubione. Jest o Natsume, dobrodusznym fajtłapie, który przygarnia wszystko co znajdzie na ulicy - włączając w to ludzi. Jednym z takich przypadków jest Asahi. Pozwolę sobie przytoczyć historię tego nastolatka (chociaż powinnam napisać dziecka, bo wtedy dzieckiem faktycznie był), którego opuściła matka - jedyna opieka, wsparcie, miłość. Żałuję, że ten fragment opowieści nie został bardziej rozbudowany, ale rozumiem to, bo głównym tematem jest coś całkowicie innego. Wracając, co może stać się z kilkuletnim dzieckiem, które zostało porzucone? W bezdusznym tłumie nie znajduje się nikt, kto by się nim zaopiekował, czy zgłosił zaistniały fakt odpowiednim instytucjom. Prawie nikt. To jest właśnie moment wystąpienia z szarości młodego mężczyzny. Jeden idiotyczny komentarz, jeden uśmiech. I wyciągnięta dłoń. To naprawdę wiele dla dziecka, któremu od zawsze towarzyszyło poczucie winy i pewna myśl. Ale aby ją poznać - zapraszam do przeczytania całości. Jest to dramat, który przedstawia brzydotę i piękno. Strach, ból, pożądanie. Cała gama uczuć i kolorów zawarta w tym czarno-białym komiksie.

Mały dodatek do tego akapitu: uwielbiam to, w jaki sposób autorka rysowała oczy postaciom. Cudo, od którego nie potrafię oderwać wzroku.

 

Jak wiadomo, Ceremonia Parzenia Herbaty w Japonii jest bardzo tradycyjnym obrzędem, pełnym pewnych charakterystycznych zachowań, które należy powtarzać za każdym razem. Z kolei Mistrz Ceremonii Parzenia Herbaty musi być kimś szanowanym i poważanym. Takiego zadania nie powierza się byle komu. Chanoyu kierują cztery zasady, wyznaczniki: Wa (harmonia), Kei (szacunek), Sei (czystość duchowa, fizyczna, i prostota) oraz Yaku (spokój, pokój ducha). Jak widać, jest to moment, który najpewniej znaczy niebywale wiele dla tych, którzy zostali zaproszeni, nie mówiąc już o Gospodarzu, który tak jakby czuwa nad zachowaniem odpowiedniej proporcji. Nie tłumaczyłam tego bez powodu. Yukihiro - Mistrz Ceremonii Parzenia Herbaty, wychowany na człowieka, który swoje uczucia ma skrywać za maską spokoju i opanowania, nie znający miłości rodziców, nagle przygarnia do swojego domu postrzelonego człowieka. Mi jako czytelniczce pojawiają się pewne negatywne przeczucia - ze spotkania Yakuzy z poczciwym Mistrzem Ceremonii nie może wyjść nic dobrego. A jednak - historia tej dwójki potrafi zaskakiwać. Poza tym, autorka postanowiła uraczyć swoich czytelników dwiema innymi historiami, które są niczym innym jak skomplikowanym poszukiwaniem swojej drugiej połówki.

Dodatek: błąd jaki udało mi się wyłapać, to literówka w imieniu Mistrza Ceremonii (strona 31). Niby nic, a od razu rzuciło się w oczy.

 

I ostatnia już manga, Zakochany Tyran tom 1. Szczerze powiedziawszy, to na pierwszy rzut oka wydaje się być zwykłym czytadłem, które nie opowiada o niczym innym jak o kłótniach dwójki przyjaciół. Ulubione teksty: "Nie spedalaj porządnych ludzi!", wykrzyczane w twarz daje niezły efekt oraz "A tak dobrze szło... i zdechło" (oba na stronie 168), to z kolei pomyślane, niemniej jednak nadal powala. Powiem szczerze, że jest to komedia z elementami czegoś w rodzaju soft dramatu. Ale wszystko ułożone w takiej kombinacji i proporcji, iż czytelnik nie może oderwać się od czytania aż do ostatnich stron. A stron tych jest 175. Już niebawem odbędzie się premiera tomu drugiego - na której najprawdopodobniej będę razem z Tsuki, tym razem we Wrocławiu. Ale o tym jeszcze za chwilę.

Mały dodatek i do tego akapitu - zauważyłam, że tylko ja dostrzegam, iż Tatsumi zawsze ma na sobie kropelki potu/wody/cholera-wie-czego. Czasami występuje to razem ze "zroszonym" Morinagą. Jak dla mnie - całkiem ciekawa sprawa.

 

To czas na powieść. Pieśń dla Feniksa, którą dopiero co skończyłam czytać *zerka na to, co napisała wcześniej*. Zacznijmy od plusów, by zrobić taki mały porządek tym razem. Pierwsze, co powinnam powiedzieć, to pochwalić autorkę grafiki na okładce: Basię „Suobi-chan” Mościcką. Powiem szczerze, że skądś kojarzę nazwisko i pseudonim, ale niestety nie wiem skąd. Tak więc, można powiedzieć, że do grona ulubionych okładek dochodzi i ta. Następnie należy pochwalić samą autorkę, Danutę „Kaamos” Miklaszewską, za tak rozległą wiedzę o kulturze Chin. Popisała się ona ogromem informacji, które zostały zgrabnie ujęte w tekście. Ale o tym jeszcze za chwilę. Prolog zwalił mnie na kolana, szczerze powiedziawszy. Jest cudowny, mogłabym go czytać ciągle, a słowa "Twoje Chiny, Chryzantemo" wyryły się w mojej głowie na długi czas. Doprawdy, niby niewinne zdanie, a tyle zamieszania. Następnie muszę, dosłownie muszę pochwalić za to, jak zostały opisane wszystkie sceny erotyczne. Bez uciekania od nich, skracania jak się tylko da, unikania. Szczerze powiedziawszy, to nie spodziewałam się aż tyle. Bo tu szykuje się afera na skalę międzynarodową, więc gdzie miejsce na seks? A jednak, autorka poradziła sobie, wprowadzając pewne odniesienia, które cieszyły się u mnie powodzeniem. Ponadto, cała historia dodatkowo uzupełniona była licznymi uczuciami, od których nie stroniono. Jeśli chodzi o minusy: dwa błędy (124 "nie zaboli go aż tak bolało" oraz 312 "które z pewnością były bardzo wrażliwszym miejscem"). Ponadto, przeskoki w czasie niekiedy nie były niczym oznaczone, więc człowiek podczas czytania mógł się nieco zamotać. Nie było to tak wielkim problemem, ale zawsze coś. Następnie muszę skrytykować to, jaką formą były przedstawiane fakty. Chwilami czuło się ich nadmiar i ciężko było czytać tekst. Ale na całe szczęście, później już nie było takich problemów. Należy jeszcze skrytykować fakt, iż osobę, która odpowiadała za zamieszanie, jakie powstało w cesarskim pałacu odgadłam na samym początku. Niestety zakończenie nie było dobre - mimo wszystko zachowanie generała jest nie takie jak być powinno. Uczucia jakie mu towarzyszyć powinny nie zostały przedstawione należycie. A to, jak cesarz tłumaczy wszystko swemu doradcy i jego reakcja na wieści zostały - moim zdaniem - potraktowane nieco po macoszemu. Tu należałoby popracować nad ekspresją, a wszystko będzie naprawdę dobrze. Mimo tych potknięć, widać, że w autorce drzemią wielkie pokłady zdolności, więc niech się rozwija. Jak najbardziej czekam na kolejne teksty!

 

Żeby było zabawniej, książki które czytałam wcześniej (Błękitnooki chłopiec, Walka kotów, Dowód) chwilowo zaległy na półce i się kurzą. Znaczy, zajęłam się pozycjami wypożyczonymi. Nie zajmą mi one dużo czasu (chyba, że w środę znowu wyjadę, tym razem do siostrzenicy...), więc na pewno wszystko przeczytam. Niestety Potter musi nadal czekać. Brak dostępu do książek utrudnia mi sprawę.

 

Kolejne ogłoszenie, to premiera książki Aniki „Anix” Stasińskiej, która pierwotnie publikowała go w formie bloga (http://rafael-bielecki-yaoi.blog.onet.pl/ KLIK!), która także zostanie wydana przez wydawnictwo Kotori. Odbędzie się ona we Wrocławiu, na wielokrotnie przeze mnie wspomnianym Niuconie. Kto jest chętny do poznania autorki, zaręczam, że bardzo otwarta z niej osoba, która uwielbia mówić.

 

Już klasycznie, piosenka nocy wczorajszej: http://www.youtube.com/watch?v=YNlFAIQsUXo KLIK! Stara, bo stara, ale warta uwagi. Piosenka ma znacznie więcej lat niż ten występ, ale to nic nie znaczy, bo nadal jest aktualna i cudowna. Ponadto głos wokalisty i sama aranżacja daje wiele do uciechy.