174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Od prawdy zawsze wolałem niepewność

Tajemnica pani Ming - Éric-Emmanuel Schmitt

Kiedyś, gdy tylko pojawiła się zapowiedź nowej książki Erica-Emmanuela Schmitt'a, pomyślałam "kupię ją". Jakiś czas później dotarło do mnie, że czuję potrzebę przeczytania wszystkich książek tego autora. Na swojej półce oprócz oczywiście Oskara i pani Róży, mam także Ewangelię według PiłataDziecko Noego i Papugi z placu d'Arezzo. Wszystkie czytałam przynajmniej raz, do tych grubszych wracam fragmentami, a cieńsze czytam po prostu od nowa. Po moim pamiętnym zakończeniu roku szkolnego, kiedy to byłam w stanie spalić każdą parę butów, wzięłam się za przeglądanie biblioteczki Panny D. Znalazłam tam mojego (bo go lubię) Kossakowskiego i nawiązałam do Schmitt'a lub samej książki. I od słowa do słowa, ta oto opowieść pojawiła się na stole przed moim nosem, kusząc kolorystyką, emanując spokojem i zrównoważeniem. Wystarczyło, by Panna D. na chwilę wyszła do innego pomieszczenia, a ja od razu - nie mogąc oprzeć się pokusie - złapałam za twardą okładkę i otworzyłam książkę na ostatniej stronie. Moja potrzeba czytania ostatniego zdania, chociażby nic do lektury mi nie dodawała, chociażby było to najgorsze zdanie jakie widzę - nie mogę się temu oprzeć. Panna D. stwierdziła, iż nawet na chwilę nie można zostawić mnie samej. Racja - mnie nie powinno się zostawiać samej. Jestem jak ten kot w wierszu Szymborskiej. 

 

Ktoś tutaj był i był,
a potem nagle zniknął
i uporczywie go nie ma.

 

Książka nie musiała długo czekać na jej przeczytanie. Niemalże w momencie, w którym skończyłam poprzednią, bez zastanowienia sięgnęłam po tę. Czułam tak ogromną potrzebę poznania kolejnej historii, na którą chciał zwrócić uwagę czytelników Eric-Emmanuel, iż całkowicie zatraciłam się w tym, że jego książki nie czyta się z miłością od pierwszej strony. To, co w tej chwili mam na myśli, jest ogromnie ważne, gdyż jego książki najpierw należy przeczytać, przetrawić, zrozumieć, a dopiero na koniec pokochać. Odbywa się to dokładnie w takiej kolejności, a z Tajemnicą pani Ming było dokładnie tak samo. Czytając ją, miałam wrażenie, że książka jest zwyczajnie beznadziejna. Jakieś tam żałosne opowiastki babci klozetowej, nic co miałoby większy sens. 

 

W pierwszym odruchu miałam ochotę tę książkę zostawić. Odłożyć ją, oddać Pannie D., powiedzieć, że chyba się pomyliłam co do twórczości Schmitt'a, zapłakać nad geniuszem, którego błędnie w nim dostrzegałam. Jednak, czując niesamowite przywiązanie do jego powieści, a przeczytałam ich znacznie więcej niż tylko te, które sama posiadam, stwierdziłam, iż dla uczczenia kogoś, kogo naprawdę podziwiam, kogo od samego zetknięcia z pierwszą książką chciałam poznać, spotkać, zobaczyć na własne oczy, postanowiłam, iż się poświęcę i przeczytam tę krótką książeczkę, choćbym miała uczucie ogromnego niesmaku. To była najlepsza decyzja jaką podjęłam w ostatnim czasie, uwierzcie. 

 

Zwykle czytając, zaznaczam ciekawe fragmenty. Różnie bywa z ich ilością. Niekiedy jest ich całe mnóstwo (tak jak było w  Traktacie Myśliwskiego), a czasami ich nie ma, bądź jest ich kilka. W Tajemnicy trzy razy użyłam samoprzylepnych karteczek w celu oznaczenia tego, na co chciałabym zwrócić uwagę. Mogłabym zaznaczyć ich znacznie więcej, gdyż pani Ming, babcia klozetowa rzuca sentencjami jak z rękawa i każda z nich jest warta zapisania. Jednak postanowiłam to ograniczyć. Dlaczego? Nie mam pojęcia. 

 

Rodzimy się braćmi, lecz pod wpływem wychowania stajemy się różni. [5]

 

Jak już wcześniej pisałam, jest to książka z serii tych, które lubi i rozumie się dopiero po jej przeczytaniu. Gdy Panna D. pytała o moje odczucia w trakcie poznawania jej treści, nie chciałam mówić, iż nie podoba mi się to, co wydał jeden z lubianych przeze mnie autorów, bo to równałoby się z przyznaniem, że się co do niego pomyliłam. Dlatego odpowiadałam wymijająco, dopisując, że gdy skończę, to jej wszystko powiem. Z naszej późniejszej rozmowy wyszło, iż nie tylko ja miałam mieszane uczucia co do tej książki, ale także Ona. Zgodnie uznałyśmy, że jednak książka warta jest przeczytania, autor godny polecenia, a moja platoniczna miłość do jego twórczości zdecydowanie zrozumiała.

 

To wyobraźnia wyróżnia, wyobraźnia przełamuje pospolitość, powtarzalność, jednolitość. W przeznaczeniu zabawek dostrzegłem przeznaczenie ludzi: tylko wyobraźnia, tworząc fikcję i wymarzone więzi, rodzi coś oryginalnego. Bez niej bylibyśmy podobni, zbyt podobni, zbliżeni do siebie, rozpłaszczeni jedni na drugich w koszach rzeczywistości. [29]

 

Kiedyś, nawet nie wiem kiedy dokładnie, przeczytałam, iż okładki dużo mówią o autorze. Może brzmi to dość... stereotypowo, ale zaraz to wyjaśnię. Człowiek, który to napisał, a następnie pokazał o co dokładnie mu chodzi, miał na myśli Stephena King'a. Zauważył, iż na jego książkach jego nazwisko jest napisane zdecydowanie większą czcionką niż tytuł, a następnie uznał, że jeśli to nazwisko jest tak wyróżnione, to producenci chcą ukazać wielkość pisarza. Z jednej strony jest to dość naciągane, ale fajnie jest wierzyć w coś dobrego. Wspomniałam o tym dlatego, iż trzymając właśnie Tajemnicę na kolanach, dotarło do mnie, że jedyne co widzę bez okularów to właśnie nazwisko autora, gdyż jest napisane tak dużą czcionką, iż musiałabym stać jakieś pół metra od książki, by go nie widzieć (tak, mam ogromną wadę wzroku, ale kto by się tym przejmował?). 

 

Drzewa są przeciwieństwem ludzi: w miarę jak rosną, szukają nieba. [41]

 

Po zakończeniu czytania tej książki dotarło do mnie, jak wiele dla mnie znaczy to 77 stron tekstu, które przetrawiłam i - co ważniejsze - zrozumiałam. Chciałabym tu napisać, że zmieniło to moje życie, ale nie zrobię tego, gdyż nie sądzę, iż to się stało. Zmieniło może moje patrzenie na rzeczywistość, na innych ludzi, ale nie stałam się dzięki temu kimś innym. Jedynie kimś odrobinę lepszym. Przyjaźniejszym. Poza tym... każdy człowiek prawdopodobnie wyciągnie z tej lektury inne wnioski. Bo jest to książka, która ukazuje problemy, ale ich nie rozwiązuje w żaden możliwy sposób. Daje światło na to, co dzieje się z życiem każdego z nas, ale to od nas samych zależy, czy to światło zgasimy, jak lampę w domu.

 

Do tej azjatyckiej tajemnicy przybliżyła mnie babcia klozetowa. Pani Ming, sama jedna, uosabiała ten naród, Chiny subtelne, ludzkie, cywilizowane. Z jej ust słyszałem głos dwóch tysięcy lat. Dzięki niej mędrzec żyjący przed Sokratesem wziął mnie za rękę i poprowadził przez labirynt. [64]

 

Warto jednak zapamiętać, iż prawda to nie wszystko, co liczy się najbardziej. Co da mi prawda, jeśli nie odnajduję w niej odrobiny szczęścia?