174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Kolacja 18-19

Listy - Allen Ginsberg

Jakiś czas temu zaczęłam się zastanawiać nad wyglądem tego bloga. Niby wszystko jest dobrze. Recenzje pojawiają się najwyżej tydzień po przeczytaniu danej książki, bywam tu w miarę regularnie. Jednak dotarło do mnie, że długość tych recenzji jest odstraszająca. Zmianę chciałam wprowadzić z myślą o tych, którzy (tak jak ja ostatnimi czasy) zaglądają na tego typu strony w czasie krótkich przerw itp. Pomimo tego, że uważam, iż jeśli nie jestem w stanie napisać długiej recenzji, to tak naprawdę książka nic mi nie dała, to uznałam, że warto spróbować i tego, sprawdzić jak będzie to funkcjonowało. Jednak i tu pojawił się problem. Przeczytałam kolejną książkę i to o pokaźnych rozmiarach, której nie potrafię omówić w kilkunastu zdaniach. Z tego powodu uznałam, że zmianą nie będzie całkowite skrócenie recenzji do rozmiaru trzech akapitów. Od dzisiaj pierwszym segmentem będzie moja opinia zbiorcza. Będą to ogóle wrażenia/wnioski/słowo podsumowania. I jeśli to kogoś zachęci do czytania reszty recenzji - dalej znajdzie wiele więcej. Do dzieła!

 

Na Listy polowałam bardzo długo. I to dosłownie polowałam. Zaintrygowana wieloma opisami twórczości Allena chciałam go poznać. Ale cena tej książki skutecznie mnie odpychała. Gdy już ją zdobyłam i zaczęłam czytać, nie wiedziałam o Beat Generation nic. Nazwa ta nie mówiła mi zbyt wiele, raczej nie przemknęła się na lekcjach, które miały mnie ponoć przygotować do życia i dać ogólną naukę. Czytałam tę książkę z myślą, że to ona ma mi wskazać odpowiednią definicję tego pokolenia. I powiem szczerze - czuję, że to był dobry pomysł. Dodatkowo poznałam - naprawdę dogłębnie - kilka postaci, które są kluczowe nie tylko dla tego nurtu. Reasumując: jest to książka, która ukazuje nie tylko psychikę samego Allena, ale i postacie postronnych osób, jego znajomych, osób, które podziwiał, jego sposobu rozumienia świata, sposobu życia w otaczającym go świecie, a dopiero następnie pojawia się Allen-beatnik. To niesamowite jak wiele spokoju bije od słów napisanych przez człowieka tak niespokojnego, przez człowieka, który całe życie poszukiwał tego ukrytego sensu swego życia. Pomimo rozmiarów - zachęcam do chociaż wyrywkowego czytania tego, co pisał do znajomych. Nie trzeba czytać każdego listu od deski do deski, chociaż dzięki temu można wyłapać subtelne różnice w tym, co go z kim łączyło, jakie do kogo czuł uczucia itp.

 

W cytatach mogą znaleźć się słowa niecenzuralne lub powszechnie uznawane za niestosowne.

 

Zaczynając od podstaw, warto napisać kim tak w ogóle byli beatnicy. Powyżej użyłam tej nazwy, ale sądzę, że po przeczytaniu korespondencji Allena mogę napisać skróconą wersję jakiegokolwiek opisu, który by charakteryzował twórczość beatników. Kim byli więc beatnicy? Najprostsza i jedyna odpowiedź: ludźmi, którzy szukali nowych środków na wyrażenie własnych uczuć i myśli, ludźmi, którzy nie chcieli powielać schematów ustalonych przez klasyków. Zamierzali szokować, ale szokować z głębią, którą można dostrzec dopiero po dokładnym przemyśleniu ich tekstów. Powszechnie uważa się, że to pokolenie czuło się w pewien sposób pokrzywdzone ('beat' od uderzenia), z czym Allen się nie zgadzał, z czym polemizował. Oni chcieli wyrazić swój sprzeciw w sporze dot. tego, iż tylko klasycyzm jest w stanie wyrazić prawdziwe piękno. Ich twórczość często określano jako nieuporządkowaną, przypadkową czy nieprzemyślaną. Nic bardziej mylnego! Przyznam się, że po przeczytaniu licznych rad dotyczących doskonalenia własnego stylu, dotyczących szukania samego siebie w swoich tekstach, dotyczących tego, jak zrobić z tekstu miernego prawdziwe dzieło sztuki, dotarło do mnie to, jak długo oni pracowali nad każdym słowem, które tylko wydaje się być przypadkowo użyte. 

 

(...) jak masz w wierszu tylko 2 dobre wersy, to opublikuj te dwa wersy a resztę wywal, po co tekst ma wyglądać na skończony czy kompletny jeśli ta kompletność jest gówno warta albo nieprzekonująca albo jest tylko po to żeby tekst wyglądał na skończony.

 

Po skończeniu czytania całokształtu korespondencji Allena dotarło do mnie to, iż byłby on idealnym kompanem nie tylko do wielogodzinnych rozmów, ale i wielogodzinnego wspólnego milczenia. Zaraz za fasadą rozgadanego faceta pojawia się postać poszukująca statecznego szczęścia, czegoś na kształt spokoju, odpoczynku, co mógłby zdobyć tylko za cenę poznania prawdy o sobie, o świecie, o sztuce itp. Allen bardzo chętnie dzielił się z innymi nie tylko swoją wiedzą czy informacjami, ale i uczuciami, które go przenikały. Bardzo często przelewał je na papier i za pomocą licznych słów oddawał to, co się w nim niejednokrotnie gotowało. Jednak pomimo tego właśnie fakt tego poszukiwania spokoju stał się niezwykły. Bo kto by przypuszczał, że facet, który testował na sobie działanie wielu narkotyków będzie tak delikatny. 

 

(...) wszystko jest puste w środku i na zewnątrz, w który z dziesięciu tysięcy kierunków niewzruszonego światła by nie spojrzeć.

 

Allen pisanie listów podniósł do rangi znacznie wyższej. Albo pisanie listów było dla niego aż tak ważne. Niejednokrotnie udzielał rad swoim znajomym, nie tylko w sprawie poprawienia stylu pisania, ale i poprawienia życia, swoich związków itp. Bywało, że sam list przypominał wiersz, a więc taka przesyłka okazywała się prezentem ponad jakąkolwiek miarę. Przeważnie pisał dość poetycko, ale w tym wszystkim niebywale pewnie stąpał po ziemi. Nie brakowało formalnych zdań, ale i nie brakowało porównań płynących z jego poetyckiej duszy. Dzięki temu nie nudziłam się podczas czytania. Czuję, że każdy mógłby znaleźć w tym tomie coś dla siebie.

 

Nie znamy wrażliwszej mowy - poezja to delikatne ludzkie serce wyrażone czubkiem języka.

 

Wydawać by się mogło, że po tylu słowach jawnie wychwalających tego poetę nie pojawi nawet wzmianka na temat jego bardziej ludzkiej, błądzącej postawy. Niesamowite jest to, że za wiedzą, którą zdobył w czasie studiów, za wiedzą nabytą w trakcie życia, jest człowiek, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, iż może błądzić, iż może czegoś nie wiedzieć, w czymś się mylić. Doskonale pamiętam ten moment, w którym wyliczał postaci w pewien sposób rządzące społeczeństwem, co nagle przerwał i skomentował, iż na dobrą sprawę nie wie do czego dokładnie prowadzi to zdanie. Moment ten tak mnie rozbroił i rozbawił, iż naprawdę się zaśmiałam i po dokładnym przeczytaniu całego akapitu musiałam mu przyznać rację - i ja nie widziałam celu tej wyliczanki. Cecha ta jest dla mnie ważna, gdyż spotykając się z kimś cenionym lub po prostu ważnym, negatywne cechy charakteru czy postępowania tej osoby są pomijane lub zgrabnie retuszowane. Ale nie tym razem. I Allen zdaje się dostrzegał wartość w byciu zwykłym człowiekiem. Dostrzegał wartość w błądzeniu.

 

(...) no bo co my jeszcze mamy oprócz tych naszych uczuć? mamy jakiś inny, lepszy pomysł?

 

Zabawny wniosek jako przerwa na papierosa od powagi: po przeczytaniu 217 stron Listów stwierdziłam, iż z większością ludzi, do których te listy Allen słał, miał przygody seksualne. Jednorazowe czy wielokrotne - nieważne. Po prostu to było. I dodatkowo zabawna jest jego szczera nadzieja, że wyleczył się z homoseksualizmu, jakby to była choroba. Aż chce się mu pogratulować pomysłowości w trafnym określeniu własnego położenia.

 

Jestem który jestem ale czym właściwie jestem?

 

Kolejną ciekawostką wartą uwagi jest fakt, iż początkowo jako twórca tzw. pokolenia beatu Allen w ogóle się z nim nie utożsamiał. Denerwowało go stwierdzenie, że do niego przynależy. W kilku listach wyraża swoją jawną niechęć do dziennikarzy, którzy wymyślili sobie mit cierpiącego pokolenia, które za pomocą sztuki wyraża swój ból egzystencjalny. Początkowo próbował nawet namówić znajomych, by zaprzeczali jakoby mieli przynależeć do tego nurtu, co jednak się nie udało. Jak wiadomo, dziennikarze od zawsze potrafili rozdmuchać to czy tamto, jeśli tylko mieliby z tego jakiś zysk. Machina, którą wprawili w ruch kilkoma pierwszymi i zdawkowymi artykułami zaczęła dawać plony. I tak już zostało, a dalsza walka byłaby tylko walką z wiatrakami, której Allen (tak mi się wydaje) już nie podjął.

 

Poezja jest tym, co tworzą poeci, a nie tym, co zdaniem innych powinni tworzyć. 

 

Chyba każdy wie, jak zachowuje się lwica broniąca małych. Taki właśnie obraz pojawiał się w mojej głowie, kiedy Allen wielokrotnie zaczynał bronić bliskich mu twórców, którzy zostali skrytykowani przez literaturoznawcę. Ci ludzie oraz ich twórczość okazała się dla niego nietykalna, nikt nie powinien ich obrażać bądź krytykować bez dogłębnej analizy, która była często pomijana. Jednocześnie raczej spokojnie przyjmował krytykę skierowaną we własną osobę. Niekiedy puszczały mu nerwy i wysyłał do jednej czy drugiej redakcji prawdziwie dokładną analizę tego czy innego swojego tekstu z objaśnieniami zrozumiałymi nawet dla dziecka. Jednak w tych listach nie czuło się aż takiej wielkiej potrzeby walki o dobre imię. Póki nie była naruszana Poezja, Allen był w stanie zrozumieć, że jego teksty mogą się nie podobać.

 

(...) dla tego świata nie ma żadnej nadziei i dlatego stoi on otworem dla wyobraźni poetyckiej.

 

Po ogólnej lekturze całego tomu Listów dociera do mnie obraz Allena nie tylko strasznie inteligentnego, ale i otwartego na nowe, na to, co jeszcze może go spotkać. Niezależnie od sytuacji, w której się akurat znajdował, szukał w niej punktu zaczepienia, który jakoś utrzymywał go przy życiu. Fascynowały go wynalazki różnej maści, odkrycia jakie były dokonywane na przestrzeni lat, ale jednocześnie czuł niekiedy potrzebę ucieczki przed całym światem, by w ciszy i spokoju móc odpocząć, zebrać myśli i mocy do dalszej pracy. Za całym gmachem, na który składa się postać Allena-wielkiego-poety jawi się nam postać Allena-zwykłego-człowieka. A każdy człowiek błądzi i każdy szuka celu, ku któremu może dążyć.