174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Posłuszny niczym cień

Miasto cieni - Małgorzata Hesko-Kołodzińska, Piotr Budkiewicz, Ransom Riggs

Wychodząc z założenia, że prędzej czy później będę musiała napisać recenzję kolejnej przeczytanej książki, próbuję nadrobić zaległości, nim lista przeczytanych będzie większa, niż lista oczekujących na recenzję. Tym razem padło na tę, a nie inną książkę - pewnie dlatego, że z całego stosu to tę przeczytałam najdawniej. No nic. 

 

Książkę pochwyciłam od mojej dobrej znajomej, która użyczyła mi ten i pierwszy tom. Początkowo sądziłam, że to będzie historia, której główną częścią będą zdjęcia, jak gdyby opowieść była na zasadzie ich dopełnienia. Jednak - teraz, po lekturze dwóch tomów wiem, że zdjęcia mają wielką rolę w tych powieściach, ale nie największą. Jednak mnie porwały wgłąb siebie, w swoje mroczne perypetie, w swoje straszne postaci. Czy się z tego cieszę? Z jednej strony tak. Z drugiej zaś... trudno określić jednoznacznie. Pół na pół.

 

Dlaczego nie potrafię się zdecydować? Powody są różne. Zacznijmy od tych, które są na nie. Pierwszą, najbardziej rzucającą się w oczy w tym tomie sprawą jest miłość. Dokładnie tak, nie jest to prowokacja przedwalentynkowa. Chodzi mi tu dokładnie o to słodko-puchato-różowe coś, co ponoć łączy ludzi. Tu akurat chodzi o nastolatków, ale to jeszcze gorzej. Sądzę, że część tak młodej populacji powinna mieć zakaz na takie uczucia, z których robią nie wiadomo co. O ile w ogóle te uczucia u nich występują. Nie podoba mi się ich spłaszczanie i sprowadzanie do czułości. Tutaj znowu jest to wymieszane, bo miłość jest tu słodka i naiwna, ale ma przebłyski racjonalności i jakiegoś... romantycznego romantyzmu, coś w stylu historii Romea i Julii. Wiem jednak, że moje postrzeganie tego w ten sposób nie jest narzucone wszystkim, więc tak naprawdę od każdego kolejnego czytelnika zależy to, czy ten wątek im się spodoba, czy też nie.

 

Następnie chciałabym poruszyć kwestię logiczności tej opowieści. Jest ona dość niespodziewana, niezwykła, a wręcz osobliwa. Weźmy pod lupę chociażby głównego bohatera i jego... osobliwą dobrą koleżankę. Koleżanka ta miała pewne bliskie kontakty z jego dziadkiem. Nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że po śmierci dziadka, koleżanka zbliża się do naszego głównego bohatera, którego w sobie nieświadomie (a może świadomie?) rozkochuje. Jeśli tego jest mało, chłopak po przyznaniu się do wszystkiego przed samym sobą postanawia spełnić jej prośbę - która jeszcze bardziej upodobniłaby go do dziadka. A w imię czego owa koleżanka nim tak perfidnie manipuluje? Uwaga - w imię wielkiej miłości. Tak. Bo to niebywale prawdopodobne, że nagle odrzuci od siebie uczucia do jego dziadka, które przez długie lata pielęgnowała. Ale, pytanie numer dwa: dlaczego główny bohater przystał na ten "rozkaz"? Z powodu miłości. Tak. Bo to WCALE nie ma jej zakończyć. Ani trochę.

 

Co dalej? Zbyt gwałtownie rozwijana akcja. Może to trochę głupie, bo niby powinna być prowadzona wartko i z polotem, co jest spełnione. Jednak do tego, by była ona pełna, brakuje potrzebnych wyjaśnień, chociaż lakonicznych słów, które miałyby nakreślić czyjeś myśli, postawę itp. To spowalnia akcję, ale w pewien sposób brak tego spłaszcza mi całą historię do wymiaru kartkowego. A to z kolei jest przykre, zwłaszcza, że ona na to nie zasługuje, bo jest naprawdę dobra. Zadziwiająco, zaskakująco, piorunująco i osobliwie dobra.

 

Aby nie marudzić za dużo, uznajmy, że dałam już upust swojemu zirytowaniu i przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Tak, mam tu na myśli plusy książki, które ja dostrzegam. I podobnie jak przy recenzji Osobliwego domu... tak i tutaj chyba najważniejszym i genialnym elementem są zdjęcia. Stare, niekiedy przerobione, mające swoje własne historie. Coś niesamowitego jak wiele daje uczuć i myśli jakiś obraz, który ma uzupełnić nasze postrzeganie opowieści i uprościć rozumienie wszystkiego. I może to ma na celu przyciągnięcie młodego czytelnika - których jak wiadomo, w Polsce brakuje, jednak mi to się strasznie podoba. Pewnie ze względu na moje zamiłowanie do zdjęć, do ich oglądania i analizowania. Do myślenia o nich i o tym co przedstawiają. 

 

Niebywałym plusem jest to, że w momencie, gdy usiadłam do czytania, nie potrafiłam się oderwać od tekstu. Czasami jest właśnie tak, że jak zacznę - muszę jak najszybciej skończyć, bo nie mogłam zmusić się do zostawieniu tego na później, jak gdybym później już nie zrozumiała tak wiele. Nie zawsze to jest plusem. Bo niekiedy świadczy to o kiepskości danej książki. Tym razem tak nie było, ale to tylko moja opinia.

 

Co do samej historii... Trudno oceniać coś, co jeszcze nie zostało zakończone. Wiem, że jeszcze w tym roku ma zostać wydana następna część, ale na przetłumaczenie trzeba będzie trochę poczekać. Niemniej jednak, historia sama w sobie jest ciekawa. Daje sporo do myślenia - pomijając te fragmenty pozbawione racjonalności. Co więcej - nadal autor zwinnie opowiada coś, co tak naprawdę nie jest opowiedziane w pełni. Nadal wszędzie są tajemnice, które zaskakują i sprawiają niecierpliwe drygi nogi. Ale to dobrze. Jeśli czuje się bakcyl czytelniczy, to jest to dobre.

 

Jako ciekawostkę, tak prawie na koniec dodam, iż na podstawie pierwszej części tej serii ma powstać film. Kto go kręci? Nie kto inny jak Tim Burton. Czekam niecierpliwie, gdyż jestem ciekawa jak to wszystko przedstawi. Aktorkę, która gra panią Peregriene można już dostrzec na stronie autora, z tego co mi się wydaje, nawet w kostiumie do tego filmu. Czy mi odpowiada? Jak najbardziej. Co więcej - podoba mi się to, jak wygląda.

 

Podsumowując - książka dobra, ale nadal jej czegoś brakuje. Czegoś, co da więcej pola do popisu mojej psychice, moim skłonnościom do myślenia i czytania pomiędzy wersami. Tego brakuje mi chyba najbardziej. Jednak nadal mam nadzieję, że kolejny tom nie będzie w niczym gorszy niż dwa poprzednie. A, jeszcze jedno. Autorze - jeśli w jakiś cudowny sposób to czytasz - nie rób z tej opowieści serii na sto tomów. Takie rzeczy może Pratchett. Tobie zalecam maksymalnie pięć. Chociaż jak dla mnie, wszystko mogłoby się rozwiązać w trzecim. Powstałaby ładna trylogia. Idealna na prezent. I czytanie w leniwe popołudnia. I bezsenne noce.