174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Żegnaj więc

2666 - Roberto Bolaño

Niekiedy bywa tak, że trafiamy na powieść, która pomimo swoich wielkich rozmiarów, przyciąga lepiej niż grawitacja do Ziemi. Niekiedy czyta się taką książkę jednym tchem, niemal pożerając kolejne akapity, chłonąc w siebie wszystkie informacje. Ale bywa i tak, że po takim łapczywym pożeraniu stron zaczynamy się dławić kolejnymi i czytanie - choć tak bardzo wciągające i poruszające - powolutku zabija nas od środka, początkowo jedynie podduszając, nie pozwalając złapać oddechu tak często, jak mamy ku temu ochotę.

 

Jeszcze do niedawna niemal dokładnie tak się czułam. Smutne, ale prawdziwe.

 

Roberto Bolaño zmarł w 2003 roku, mając zaledwie pięćdziesiąt lat na karku. Podczas ostatnich lat swojego życia pracował nad monumentalną powieścią (tak, mam na myśli 2666), którą niemal od razu uznano za jego swoisty testament. Jak jest naprawdę? Trudno stwierdzić, gdyż w Polsce nadal nie ma rzetelnej biografii autora, a wszelkie informacje na jego temat, na które można trafić w internecie są szczątkowe. Warto jednak - moim zdaniem - podkreślić, że pomimo swoich ułomności, Bolaño był pisarzem genialnym w swej prostocie, która objawiała się zawiłością i wieloznaczeniowością słów. Być może zdaje się to wykluczać, ale jednak tak jest. Nie był pisarzem idealnym, przez co dawał - i nadal daje - wielkie pole do popisu ludzkiej wyobraźni, dzięki czemu pozwala nam rozwijać własne tropy myślenia i dedukcji, a więc nie daje gotowych odpowiedzi na złotej tacy. Właśnie to sprawia, że lektura książek Bolaño jest tak fascynująca, tak pouczająca, ale jednocześnie niszcząca. Nigdy nie jesteśmy pewni do samego końca, co nowego w sobie odkryjemy, próbując odpowiedzieć na liczne pytania, które same wchodzą w głowę czytelnikowi.

 

Gdy teraz próbuję sobie przypomnieć moje pierwsze spotkanie z tą książką, mam pewne problemy. Bo widzę trzy możliwości, które są prawdziwe, ale nie mam pojęcia, która z nich była pierwsza. Ułożyłam je w takiej kolejności: spotkałam 2666 na półce w salonie empik, po przeczytaniu opisu dotarło do mnie, że muszę tę książkę przeczytać, a najlepiej mieć, ale po spojrzeniu na cenę uświadomiłam sobie, że nie mogę. Następnie w głowie odnajduję te momenty, kiedy sprawdzałam ocenę i opinie czytelników na Lubimy Czytać, jak pisałam do jednego z nich w sprawie utwierdzenia się w genialności tej pozycji. Następnie widzę jak tęsknie spoglądam na tego kolosa, który szczerzy do mnie swoje zęby z półki miejscowej księgarni, niemalże krzycząc mi w środku głowy "Wiem, że mnie chcesz, ale nie możesz!". To chyba najbardziej bolesne z tych wszystkich "pierwszych spotkań" z tą książką. Wtedy też została wpisana na listę Kupię, gdy będę bogata. Zawsze to jakaś nadzieja, prawda? Ale nim to się stało, dostałam ją w prezencie, za który w pierwszej chwili chciałam zabić, by w następnej niemal płakać ze szczęścia. 

 

Książka wydana jest solidnie, w twardej okładce. W sumie, nie widziałam innej możliwości dla powieści, która liczy sobie ponad 1000 stron. Wielkim - dla mnie i moich oczu - minusem był fakt, że grubość kartek była zastraszająco nieznaczna. W skrócie - wolałabym, by książka była większych rozmiarów, ale z jednoczesnym pogrubieniem tych stronic. Niemniej jednak rozumiem powody, którymi najprawdopodobniej kierowali się polscy wydawcy - dzięki takiemu zabiegowi ten kolos grubością przypomina 500-stronicowe powieści z żółtymi kartkami, co ma chyba na celu nie przestraszyć potencjalnego nowego czytelnika. Kolejnym minusem - wynikającym z moich fanaberii - jest kolor kartek. A jakże, skoro mogę ponarzekać, to to zrobię. Już nie raz wypowiadałam się, że wolę żółty papier od białego, gdyż ten ma swój specyficzny zapach oraz chropowatą fakturę, która jest niezwykle przyjemna w dotyku. Jednak uwierzcie mi, po przeczytaniu tej książki okazało się, że białe i cienkie kartki się "puszą", a moja dłoń niemal automatycznie je przygładza, co dodawało mi wiele radości do czytania.

 

Ciekawi mnie też to, czy w najbliższych latach powieść ta ukaże się zgodnie z wolą Bolaño, który zakładał, że powinna być wydawana w częściach, które tworzą całość. Każda z tych części jest ze sobą powiązana w sposób subtelny i delikatny, a niekiedy dość brutalny. Sądzę, że plusem takiego rozczłonkowania byłoby to, że jednak łatwiej jest zapłacić mniejszą cenę za objętościowo cieńszą książkę, niż dość wysoką za kolosa, gdyż po jednorazowym zakupie tego typu kieszeń i portfel bolą nas przez długi czas. Ponadto - jako zwolennik książek w wersji papierowej - sądzę, że krótsze, a więc cieńsze części byłyby wygodniejsze do czytania w życiu codziennym. Nie do ukrycia jest fakt, że noszenie ze sobą 2666 było dla mnie nie lada wysiłkiem ze względu na jej wagę oraz objętość.

 

Skupmy się jednak na tytule, który wymaga jakichkolwiek wyjaśnień. Budzi on niewątpliwie ciekawość. Najczęściej zadawanym pytaniem zaraz po wypowiedzeniu tej cyfry było "a co znaczy tytuł?". Powiem tak: to trafne i ciekawe, ale sama nie jestem pewna, które z wyjaśnień jest najbliższe prawdy i zamierzeniom autora. Jak podaje posłowie do pierwszego wydania, jest to data, która pełni funkcję punktu zbieżności, do którego dążą poszczególne części powieści. Okej, ale co dalej? Odpowiedzi udziela sam autor, który poza samymi rękopisami utworu pozostawił liczne notatki, które dotyczyły niemal każdego aspektu wydania, wynagrodzenia, ale i właśnie tytułu. Jak sam wskazuje, dzieło ma swoje "sekretne centrum", ukryte pod "centrum fizycznym", a więc w pewien sposób namacalnym. Powodów jest aż nadto, by móc sądzić, że owym "fizycznym centrum" jest miasto, w którym miało miejsce kobietobójstwo, a które było wiernym odbiciem Ciudad Juárez. W tym miejscu zbiegają się wszystkie części powieści, tu mają miejsce makabryczne wydarzenia, które były okrutnym tłem. Jeśli zaś chodzi o "centrum sekretne"... czyż nie jest nim właśnie ta data, spinająca klamrą wszystkie części? Są osoby, które odwołują się do biblijnego exodusu z Egiptu. Ile w tym prawdy? Być może kiedyś się dowiemy.

 

Jeśli mam być szczera - nie da się opisać każdego motywu, który został poruszony w tej książce. Mamy przecież zabójstwa kobiet, mamy seksualność, miłość, uczucia jako takie, mamy fantazje, mamy wynaturzenia, mamy problemy, mamy zagadki, wojnę, pisarzy, poetów, literaturoznawców, prostytutki, dzieci, życie w rodzinie, ale i życie bez rodziny, ucieczkę przed przeszłością i powroty do przeszłości... Można wymieniać w nieskończoność, a opisanie tego wszystkiego nic nie da. Bo nadal pozostanie zatrważająca część powieści, której w ogóle się nie omówiło. Ponadto byłoby to omówienie powierzchowne, bez większego wgłębiania się w psychikę bohaterów. Mogłabym przelać tutaj wszystkie swoje solilokwia, które przeprowadziłam podczas czytania tej powieści, a i tak nie byłabym w stanie naświetlić problemów, jakie zostały poruszone.

 

To jednak jest bardziej skomplikowane, bo słowa są przecież wszędzie, nawet w milczeniu, które nigdy nie jest całkowitym milczeniem, prawda?

 

Jeśli kogoś przeraża objętość - nie dziwię się. Mnie też w pewnym momencie zaczęła. Było to, gdy utknęłam na Części zbrodni, która ma zaledwie 300 stron, a której czytanie zajęło mi niemal większość czasu, który w ogóle poświęciłam tej książce. Wymęczyło mnie to totalnie. Przede wszystkim psychicznie. Autor, jak gdyby wyciągał kolejne teczki z archiwum policji, przytaczał kolejne morderstwa kobiet. Opisy były bezosobowe, puste i nieczułe, a jednak parzyły mnie niemiłosiernie. Z czego to wynika? Być może ze świadomości autentyczności opisywanych sytuacji, być może z wiedzy, że tak naprawdę nigdy nie znaleziono sprawcy bądź sprawców tych makabrycznych mordów. A może dlatego, że sama jestem kobietą. Któż to wie?

 

Najciekawszą dla mnie częścią okazała się pierwsza, druga oraz piąta. Pierwsza opowiadała o literaturoznawcach poszukujących Archimboldiego - pisarza-widmo, którego wielkość objawiała się z czasem, którego proponowano do nominacji Nagrody Nobla, a którego tak naprawdę nikt nigdy nie widział i nie poznał. Jednak najciekawsze w tej części są losy czwórki całkowicie sobie obcych ludzi, które splatają się w jedną całość, w pewien sposób spójną pomimo wielu różnic. Zaskakujące są związki, które się rodzą i konsekwencje, jakie z nich wypływają. Dla osoby, która psychikę człowieka podziwia bardziej niż tablicę Mendelejewa była to część niesamowicie pouczająca.

 

Część Amalfitana, w książce będąca drugą częścią, opowiada o wykładowcy, jego trudnościach życiowych związanych z wyjazdem żony oraz samotnym wychowywaniu córki. Jest to niemal monolog wewnętrzny, który niekiedy przybiera raczej kształt bezradnego krzyku o zrozumienie, o podanie ręki. Całość krąży wokół postaci tajemniczej, wokół kogoś rozumiejącego inaczej i być może więcej. Kolejna idealna pożywka dla psychoanalityków.

 

Część Archimblodiego, ostatnia, opowiada o losach pisarza, którego powieści i sława przewija się w pozostałych wytyczonych fragmentach tekstu. Jest to dość drobiazgowy opis przeżyć pisarza na wojnie, podczas której walczył, a następnie jego prób powrócenia do normalnego życia - o ile cokolwiek po tym co widział na froncie może mieć nazwę "normalnego". Jest to równocześnie opowieść o kształtowaniu się jego duszy pisarza, którym nie był od zawsze. Wyraźnie zaznaczono też jego genialność, która nie objawiała się idealnością czy doskonałością. 

 

Część Fate'a, której nie darzę zbyt wielkim uwielbieniem, jest opisem rosnącego zainteresowania się sprawą kobietobójstwa w Santa Teresa dziennikarza, który przyjechał tam, by zdać relację z walki bokserskiej. Osobliwa, wypełniona mimo wszystko brutalnością sportu, którego nie lubię. A jednak intrygująca.

 

Jak widać, nawet te krótkie opisy nie zostały ułożone. To dowodzi tylko temu, że każdą z tych części można czytać na różne sposoby, równie dobrze wszystkie na raz, jeśli ktoś się nie pogubi.

 

Na koniec dodam tylko coś, co pozostawił sam autor.

 

Narratorem 2666 jest Arturo Belano. 

 

W innym miejscu pisarz dodaje coś jeszcze.

 

To już wszystko, przyjaciele. Wszystko zrobiłem, wszystko przeżyłem. Gdybym miał jeszcze siły, zapłakałbym. Żegna was Arturo Belano.