174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Ja mu wierzę

Jeszcze jeden dzień - Mitch Albom

Mówi się, że każda książka coś daje. Każda książka w jakiś sposób uczy. Czego? Wielu rzeczy. Zachowania, radzenia sobie z uczuciami, trudnościami jakie się spotyka w życiu, racjonalizmu... Można wymieniać w nieskończoność. Tego typu książki można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to typowe poradniki. Co jeść, by schudnąć? Jak radzić sobie z nerwami? W jaki sposób nauczyć dziecko dyscypliny? Prawdopodobnie każda dziedzina życia została w ten sposób opisana. Czy są to lektury fascynujące? Zakładam, że większość raczej nie porwie. O ile nie jest napisana dobrze - prawdopodobnie nawet bym po nią nie sięgnęła. Co więc z drugą grupą? Posiada ona tę specyficzną aurę beletrystyczną, której nie sposób spotkać w poradnikach. I to na tej grupie się dziś skupimy.

 

O autorze (Mitch Albom) pisałam już nie raz, przy recenzjach jego innych książek. Tu wspomnę tylko jego - wydane w Polsce - tytuły. Najsławniejszy w Polsce jest chyba Zaklinacz czasu, wydany w 2014 roku. Głównym tematem powieści jest czas i próba jego okiełznania, przystosowania go do własnego widzi-mi-się. Z tego też powodu historie trzech osób wiążą się w pewnym punkcie, a czytelnik dowiaduje się, że nie ma odwrotu z drogi, którą podąża. Następnie można podać Wtorki z Morriem, historię prawdziwą, historię o ponownym poznawaniu dawnego autorytetu. Jest to w pewnym sensie relacja ze spotkań ucznia z mistrzem, a więc magiczna kronika z wspólnie spędzonych chwil, które mają przede wszystkim czegoś uczyć. Podstawowe pytanie brzmi: kto bardziej potrzebował tych spotkań; umierający starzec czy dorosły, spełniony uczeń? Ostatnią przeczytaną przeze mnie, ale nie ostatnią w ogóle jest książka o dość specyficznym tytule (niczym prawdziwy poradnik...): Miej trochę wiary. Jest to opowieść o dwóch duchownych - osobach różniących się wyznaniem, a więc Bogiem, którego nauki przekazują z ambon, osobach różniących się przeszłością, ale jednak mających dużo wspólnego w postępowaniu. Każda z tych książek w pewien sposób uczy życia. Uczy radzenia sobie z problemami, ale uczy i dostrzegania radości w drobnostkach. 

 

Jeszcze jeden dzień kupiłam dość dawno. Czym to było spowodowane? Prawdopodobnie moją własną próżnością. Chęcią posiadania wszystkich książek tego autora, którego lubię - bo pomimo raczej trudnej tematyki jaką podejmuje, przy jego książkach można odpocząć. I tak, któregoś pięknego, słonecznego dnia wyszłam z księgarni z kolejnymi dwiema książkami Alboma i Chatką Puchatka. Dorosłość pełną gębą. W każdym razie - powieść leżała na półce i cierpliwie czekała na to, aż łaskawe oko właścicielki dłużej się na niej zawiesi. I stało się. Zmęczona czwartą częścią 2666 sięgnęłam po coś, co w głowie widniało jako "przyjemne czytanie o dobrym i szczęśliwym życiu". Pomyliłam się... niemal całkowicie. Ja sądzę, że to dobrze. Nie oczekując od książki niczego wielkiego, otrzymałam coś delikatnego, a zarazem rzeczywistego.

 

Życie różne ścieżki nam proponuje. I to od nas samych zależy to, którą z nich wybierzemy i w jaki sposób będziemy nią kroczyć. Możemy wybrać na chybił trafił, nie zastanawiając się zanadto nad konsekwencjami. Ale możemy debatować nad każdym najmniejszym kroczkiem, który będzie początkiem nowej drogi. Możemy mieć szczęście i niezależnie od sposobu wyboru, nasze życie będzie w jakiś sposób poukładane, w miarę szczęśliwe i wypełnione chociażby umiarkowaną radością. Ale można mieć pecha. I zbierać baty, na które samemu się pisało. Albo zbierać baty pomimo dobrych chęci i długiego, dokładnego, analitycznego zastanawiania się nad konsekwencjami, które będą widoczne w przyszłości.

 

Główny bohater, Charles "Chick" Benett należy do grupy osób, które raczej nie debatowały z nikim nad tym, co powinien dalej uczynić. I początkowo miał wiele szczęścia. To nie tak, że nie pakował się w kłopoty - one czekały na niego równie często jak na każdego innego człowieka. Charakteryzował się jednak dość szczególną cechą - szczerością, której używał w najmniej odpowiednich momentach, sprawiając tym samym cierpienie innym. Smutne, ale prawdziwe. I jednocześnie odnosi się do zachowania niemal każdego nastolatka. 

 

Książka ta jest opowieścią, którą prowadzi sam Chick. Opowieścią o jego dzieciństwie, o ojcu, o liścikach od mamy, o siostrze, o byłej żonie, o córce, która się go wstydzi, o jego karierze, o nieudanym samobójstwie. Prawdę powiedziawszy, czytelnik ma wrażenie, że przytacza on najważniejsze dla niego chwile z całego swojego życia. Najważniejsze, bo najbardziej znaczące, bo pokazujące jak krzywdził swoich bliskich, bo ukazującego jego wewnętrzną potrzebę bycia synem taty, a nie synem mamy. Jednocześnie podkreśla te sytuacje, podczas których ranił tę najważniejszą w swoim życiu kobietę, choć tak naprawdę nie zdawał sobie sprawy z głębokości ran, jakie jej zadawał.

 

Dopiero po latach dotarło do niego, jak zaciekle niszczył wszystkie więzi, wszystkie pozytywy, które tak naprawdę trzymały go przy normalnym życiu. W tym samym czasie pielęgnował więź niszczącą, więź destrukcyjną, ale więź zakodowaną w mózgu i duszy kilkulatka. Chciał być synem taty. Nie można być synem taty i mamy. Musiał wybrać.

 

Od razu nasuwa się pytanie, kto normalny stawia własne dziecko przed takim wyborem? No więc właśnie, nikt. Nikt normalny. Ale kto to zauważy po tak długim czasie? Też nikt. Chyba, że ktoś będzie zdzierał sobie gardło w próbie przekazania prawdy. Ale i to jest czasem niewystarczające.

 

Wobec tego, dlaczego moja ocena jest dość niska? Książka ta jest mimo wszystko raczej przeciętna. Sądzę, że autora stać na więcej. Już nie raz pokazał, że potrafi napisać coś, co będzie czytało się z dreszczem niepokoju. Tym razem to było nie do końca odczuwalne. Zdarzały się momenty nużące, fragmenty, które chciało się po prostu pominąć, by poznać zakończenie, które mimo wszystko było czymś, na co się czekało.

 

Przede mną lektura jeszcze dwóch książek Mitcha Alboma. Jakie będą wrażenia? Tego jeszcze nie wiem. Ale wiem, że nie skreślę tego pisarza - daje za dużo dobrego. I pokładam nadzieję, że pozostałe dwie powieści pochłoną mnie niczym Wtorki z Morriem, które uwielbiam.