174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Rozpoznał je natychmiast

Mapa - Tobsha Learner,  Krzysztof Mazurek

Kultywując swoje postanowienie (może nie noworoczne, ale każde takie postanowienie jest dobrym kopem motywacyjnym do pracy), przyszedł czas na napisanie kolejnej recenzji, do której musiałam przygotować się mentalnie. Dlaczego? Składają się na to powody błahe, ale jednak dość istotne w pisaniu recenzji i to od nich dziś zaczniemy.

 

Po pierwsze: z jakich powodów zainteresowałam się tą pozycją? Nie ukrywam tego, że po prostu sądziłam, że tych kilka książek, które spakowałam do walizki przed wyjazdem w wakacje do pracy nie starczy mi na całe dwa miesiące. Tak, zamiast założyć, że będę brała z życia ile się da i chodziła na wszystkie dyskoteki w okolicy, taki mól książkowy jak ja wybrał czytanie. Na plaży. Albo na trawniku. Gdzie się da. Postanowiłam odwiedzić kiermasz książek (jedyny w całej miejscowości) i kupić dla siebie kilka pozycji. Jedną z nich była właśnie Mapa, która zaintrygowała mnie właśnie częścią historyczną. Jak dla mnie bomba. Dodatkowym plusem była mała cena i duża ilość stron, które zapowiadały, że nie skończy się za szybko. I miałam z tym rację. Nie skończyła się.

 

Po drugie: mamy końcówkę grudnia. Jak to się stało, że do tej pory książka ta leżała na półce i się kurzyła? Ano, w wakacje czytałam niezwykle mało. Praca fizyczna i nowo poznani znajomi nieźle mi to utrudniali, gdyż nawet jak miałam czas na czytanie, to nie było warunków (mamy XXI wiek, a ja mieszkałam w pokoju bez światła i z mikroskopijnymi oknami, które się nie otwierały!). Po powrocie do domu (gdzie doceniłam jedyną księgarnię jaką mam i żarówki w pokoju), ułożyłam ją przy łóżku, gdzie niedługo później powstał cały stosik książek, które kupiłam i oczekują na czytanie. I tak mijały jej kolejne miesiące u mnie. 

 

Po trzecie: jak to się stało, że czytałam ją ponad dwadzieścia dni? Dla mnie samej jest to niepokojące. I mnie to zirytowało. Pomijając nawet fakt, że w międzyczasie przeczytałam kilka innych książek - nigdy nie robiłam tak, że odkładałam jedną na rzecz innych. A bywało nawet tak, że całkowicie zapominałam o tym, że ją czytam. Nawet teraz kończyłam ją już po rozpoczęciu czytania prezentu gwiazdkowego, mianowicie 2666. Ponadto, doskonale pamiętam jak szybko i sprawnie szło mi czytanie Papug z placu d'Arezzo, które liczą sobie ponad 740 stron. Ile je czytałam? Uwaga - po trzech dniach od rozpoczęcia pojawiła się recenzja. Więc niecałe trzy dni. Trzy dni, podczas których chodziłam na zajęcia, miałam zaliczenia, naukę, rodzinę... Jak to zrobiłam? Nie mam pojęcia. 

 

Gdzieś po drodze spotkałam się z opinią, że ta książka spodoba się tylko osobom, które interesują się historią. Początkowo uznałam, że to totalna bzdura. Wychodzę z założenia, że nie ważne czym się interesujemy, póki nie sięgamy po czysto (w tym wypadku) historyczne okazy, czytanie nie sprawi nam trudności. Jednak będąc blisko ostatniej strony, przypomniało mi się to stwierdzenie, które kołatało mi gdzieś w mózgu. I muszę coś wyjaśnić. Nie trzeba pasjonować się historią, by książka ta była zrozumiała. Jednak trzeba mieć podstawy wiedzy historycznej o drugiej wojnie światowej oraz chaosie, który nastał po jej zakończeniu. Bez tego czytanie o Stalinie i Franco nie ma sensu, gdyż trudno jest połapać się w tym, za czym obstają bohaterowie.

 

Co do autorstwa... Początkowo sądziłam, że to mężczyzna. T.S. Learner niewiele mi mówiło. Dopiero gdy spojrzałam na podziękowania, dostrzegłam żeńskie formy czasowników. Co jednak świadczy o tym, że to jedna z niewielu kobiet, której książki przeczytałam, a nie było to w kanonie lektur. Ale na dobrą sprawę, co wiemy o niej? Niewiele więcej, niestety. Mieszka w Australii, Wielkiej Brytanii i USA i pisze w kanonie historycznej fikcji.

 

Mapa jest książką o manuskrypcie, o pewnym alchemiku (którego oczywiście polubiłam już na pierwszej stronie, co wiąże się z pewnym przykrym algorytmem...), o historii. To, co mnie ujęło, to właśnie historia drugiej wojny światowej i ta część pochodząca z XVII wieku. Nic na to nie poradzę, ale taka już jestem, zwyczajnie czuję pociąg do przeszłości. 

 

Na tylnej okładce oczywiście zapewniano o zagadkach jak w Cieniu wiatru. Miała też trzymać w napięciu jak Kod Leonarda da Vinci. Przykre jest to, że niestety nie do końca tak było. O ile sceny stricte historyczne były elektryzujące, o tyle strona kryminalno-detektywistyczna była zwyczajnie słaba. Wiadome było od samego początku kto przeżyje, a kto nie. Niezłym zaskoczeniem była postać Gabirela (drugi bohater zaliczany do grona ulubionych) oraz to, co się z nim wiązało. 

 

Muszę jeszcze popsioczyć na część magiczno-okultystyczną. Coś czego mi zabrakło, to jakiegoś szkicu Drzewa Życia. Przeczytałam 643 strony powieści, w której ten schemat był opisywany naprawdę często, a jednak nie potrafiłam sobie go dokładnie wyobrazić. To jest coś, co zauważył Dan Brown, a co naprawdę ułatwiłoby zrozumienie całości.

 

Co jeszcze było nie tak? Postaci weteranów były szablonowe, niejednokrotnie niemal takie same. Wyróżniały się niewiele znaczącymi szczegółami, przez co nie można było poczuć do nich chociaż odrobiny sympatii. Wyjątkiem był Jimmy (trzecia ulubiona postać), który miał w sobie coś poza alkoholem we krwi.

 

Podobało mi się tło historyczne. Nie było ono nachalne. Nie wysuwało się na pierwszy plan, kiedy nie było na to miejsca. Coś niezwykłego było w opisie Augusta i Charliego, którzy szli przez las. Jeden opis, zmieniany i powielany w całej powieści dodał niesamowitego smaczku i sentymentalizmu. Albo opis budynku, w którym szkolono dzieci w Hitlerjugend - niby nierealne, bo to były tylko dzieci, a jednak w kontekście historycznym niebywale wiarygodne. 

 

Skarb Shimona Ruiza de Luny przetrwał wiele lat. Jakim cudem? To w tej opowieści zaskakuje najbardziej. Postaci, które pojawiały się tylko od czasu do czasu, a które opiekowały się tym wszystkim, co miało pozostać już na wieki. Rola drugoplanowa w tym wypadku okazała się niejednokrotnie bardziej istotna od pierwszoplanowej.

 

Całość ma kompozycję otwartą. Coś się skończyło, ale tak naprawdę - czy aby na pewno? Nie wiadomo wszak co się stało z Augustem. Co się stało z mnichem Baptistem. A Gabirel? Jak doszło do wyjaśnienia wszystkich intryg i zawiłości? Autorka zrobiła coś, co osobiście bardzo lubię. Dała czytelnikowi miejsce na wyobraźnię.