174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Wyjdę z tego przyjęcia jako ostatnia

Bóg nigdy nie mruga. 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu - Regina Brett

Dziwnie się czuję w tej chwili. Bo przyszło mi zrecenzować książkę, którą dostałam jako prezent od Panny D., która miała nadzieję, że mnie zainspiruje. I nie chciałabym, by ona źle zrozumiała to, co chcę tu napisać. Dlatego jedyne o co w tej chwili proszę, to: przeczytaj to do końca i w razie pytań lub niejasności daj znać.

 

Tak więc, zaczynajmy...

 

Autorka, czyli Regina Brett jest kobietą, która usunęła obie piersi, która szybko zaszła w ciążę, ale nie potrafiła jej przerwać, nie dlatego, że wiara jej zabraniała, ale po prostu tego nie chciała. Jest felietonistką, która do swojego stanowiska musiała przebyć długą drogę - i to wyboistą. Gdy dowiedziała się, że ma raka - jej świat się zawalił. Jeśli ktoś oczekiwał, że ta kobieta stanie u lekarza i pełna wiary powie, że Bóg ją ocali, to się pewnie zawiódł. Co prawda dalsze życie zawierzyła poniekąd Bogu, ale to głównie jej walka się liczy. Znana jest właśnie ze swoich tekstów, w których często powraca do tego, jak się czuła, gdy musiała stanąć twarzą w twarz z chorobą. Zainspirowała tak wielką grupę ludzi, iż zaczęli oni dzielić się ze swoimi bliskimi jej elektronicznymi wersjami tekstów. To zainspirowało ją do zebrania ich w książkę, czyli 50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.

 

Jak już wspomniałam, książkę dostałam od Panny D., za co gorąco dziękuję, bo naprawdę dała mi do myślenia. Ale... właśnie, pojawia się to 'ale', na które skarżyłam się pewnej osobie, przez które pokłóciłam się z częścią rodziny. Nic na to nie poradzę - potrzebuję dyskusji o tym, co aktualnie czytam. Na moje nieszczęście są święta (bo oczywiście nikt o tym nie wie) i nie mam jak podzielić się z innymi tym co czuję. No nic. 

 

Klasycznie już, zacznijmy od tego, co mi się nie podobało. To zabrzmi głupio, ale wkurzały mnie wszelkie odniesienia do Boga - do Ojca dobrego, miłosiernego, który nas kocha, doskonale zna itp., itd. I to co mogę dać od siebie: wkurza mnie to. Wkurza mnie i tyle.

 

(Tutaj zaczyna się wynik dyskusji z rodziną.) Bo wszystko co dobre, oczywiście nie jest zasługą pracy człowieka, nie! To Bóg. Ale wszystko co złe, to już nie jest od Boga. Tylko od ludzi. Mam wrażenie, że chyba nie w ten sposób istnieje nasz świat. I to chyba dlatego nie mogę powiedzieć o sobie jak o osobie w pełni wierzącej. Bo wierzę, ale nie w wyobrażenia, które wpajają księża i Kościół, nie w stek bzdur, o których nawet nie można dyskutować teoretycznie, bo nie. A jak się już zacznie, to przy pierwszym lepszym pytaniu napotyka się mur nie do przebicia. Ale może podam przykład?

 

Bóg nigdy nie daje nam więcej, niż potrafimy udźwignąć.

 

Brzmi sensownie, nieprawdaż? Jest to tytuł dziesiątej lekcji, jaką daje nam autorka, czyli Regina Brett. Tylko, że ja dostrzegam tu pewną nierówność. Co w takim układzie oznaczają samobójstwa? Skoro wszystko, co nas spotyka, jest na miarę naszych sił, dlaczego tak zastraszająca liczba ludzi odbiera sobie życie? 

 

Albo inny przykład. Lekcja 12. 

 

Twoje dzieci mogą zobaczyć, że płaczesz.

 

Wszystko byłoby super. Naprawdę. Nawet argumentacja jest genialna. Tak samo jak historia, którą przedstawiła autorka. Zakręciła mi się łza w oku. Tylko... mam wewnętrzny zgrzyt. Bo widziałam nie raz jak płacze mój tata. I może to głupie. Ale ja naprawdę czułam się wtedy tak, jakby cały świat stanął do góry nogami, jakby już nic nigdy nie miało być lepiej. Po prostu chcę dać przestrogę. Nie wierzmy ślepo we wszystko. Chociaż sam zamysł jest genialny.

 

Lekcja 28.

 

Wszystkim wszystko wybaczaj.

 

Okej. Świat bez zawiści jest znacznie lepszy. Nienawiść niszczy człowieka od środka. Nienawiść niszczy ludzi wokół nas. Nienawiść niszczy wszystko: zdrowie, karierę, humor... Tylko nie wszystko można wybaczyć. Zwyczajnie nie wszystko.

 

Tu jest mój problem. Bo naprawdę, wszelkie momenty, w których miałam ochotę odłożyć tę książkę i niekiedy naprawdę to robiłam, były wtedy, gdy autorka powoływała się na miłość Boga do niej. Doprawdy... może jestem za młoda. Może zwyczajnie nie potrafię uwierzyć w to, że może być Ktoś tak potężny i dobry zarazem. Bo jest albo, albo. Wóz albo przewóz. Rybki albo akwarium. Ty albo ja. I ja wiem, że moje wątpliwości rozwiałaby porządna dyskusja na materiałach jakie daje tylko ta książka z jakimś duchownym. Ale z duchownym, który ma otwarty umysł. Który potrafi pogodzić się z tym, że są ludzie dobrzy, ale nie do końca myślą tak samo jak nakazuje Kościół. 

 

Część milsza, czyli to, co mi się spodobało, 

 

Książka ta rzeczywiście jest zbiorem porad, które są niezwykle trafne i przydatne. Czasami banalne, ale o nich najczęściej zapominamy w życiu, które niezmiennie gna do przodu. Weźmy pod lupę lekcję 8.

 

Możesz się rozgniewać na Boga. On to wytrzyma.

 

To jest ta strona mojego postrzegania wiary, której zazwyczaj nie tolerują księża. To przykre, ale od zawsze uczono mnie miłości do Boga. Nigdy nie mogłam powiedzieć, że mnie zawiódł, że nienawidzę Go za to, co mi się działo, choćby to były błahostki. Zawsze musiałam go nieodmiennie wielbić. Ale spójrzmy prawdzie w oczy; ile można? Ile można godzić się na kolejne niepowodzenia? Ile bólu można z pokorą wytrzymać? Nie za wiele. Tama pęka. I trzeba zrobić coś z gniewem, który nas roznosi. Wyładować go na dziecku, które zapłacze? A może na babci, która nie dosłyszy i swoje dopowie? Na przechodniu, który na nas wpadł? Na kierowcy, który ostro zahamował? Na człowieku, czyli istocie czującej dokładnie tak samo jak my? Czy my mamy w ogóle prawo do tego, by zadawać ból drugiej osobie? No nie bardzo. Nie z takiego powodu. Ale jest On. I to jest coś, za co naprawdę lubię tę książkę: mogę gniewać się na Boga. 

 

Lekcja 6.

 

Nie musisz wygrać każdego sporu. Pozwól innym zostać przy swoim zdaniu.

 

To jest jedna z tych lekcji, która dała mi wiele do myślenia. Naprawdę. Jak dotąd cechowało mnie to, że ja zawsze musiałam mieć rację. Jak typowa kobieta. Nie ważne było to, że niekiedy się myliłam - z braku wiedzy, doświadczenia czy czegokolwiek innego. Ale nie potrafiłam przestać bronić swojej racji. Z jednej strony dobrze: tworzę argumenty, na coś, co nie jest do końca poprawne, dzięki czemu mogę pokazać swoją stanowczość. Ale z drugiej strony, to tylko prowadzi do kolejnej kłótni. Bo byłam osobą, która nawet pokonana, nie potrafiła uznać innego stanowiska. Niekiedy jest tak, że całkowicie toleruję i rozumiem zdanie innych. I nie staram się go zmienić. Ale są momenty, w których pokazuję pazurki. A dzięki tej lekcji wiem, że to nie ma sensu. Zwyczajnie.

 

Lekcja 43.

 

Ostatecznie liczy się tylko to, że kochałeś.

 

To chyba nie wymaga tłumaczenia. Po prostu... to daje nadzieję.

 

Koniec końców - zakładam, że i ja przekażę tę książkę następnej osobie. Wiem, że prezentów się nie oddaje, ale (i tu pozwolę sobie zacytować to co usłyszałam od Panny D.) Książka żyje, póki jest czytana. Dodatkowo chcę, by zainspirowała innych. By dała do myślenia. By jakoś rozjaśniła ciemność. 

 

Tam, gdzie inni widzą jedynie ciemność, dostrzegasz światło, które dopiero rozbłyśnie.