174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Kocham nadzieję

Miej trochę wiary - Mitch Albom, Anna Zielińska

Ogłoszenie parafialne - wprowadzam kolejne zmiany. Czas najwyższy. Zainspirowała mnie do tego Panna D. oraz Pan R., który ostatnio zaczepił mnie na ulicy. Dotarło do mnie to, że trzeba coś zmienić, coś usunąć. I to właśnie ten moment, w którym po raz ostatni jest coś "o mnie". Dzisiaj zamierzam dokończyć bajkę i na tym zakończyć zabawę ze słowami i mistyfikacją rzeczywistości. Jako pocieszenie dla Panny D. i Pana R. dodam, że może w przyszłości powrócę do takiej zabawy, ale w inny sposób. Jeszcze nie wiem jaki, ale coś wymyślę.

 

Przy okazji, nazwę tę baśń, którą zamierzam dzisiaj skończyć. Do tej pory historia, którą tu opisywałam widniała w mojej głowie w szufladzie z napisem "baśń". Dzisiaj przykleję jej oficjalną nalepkę - wystarczająco długo z tym zwlekałam.

 

Tak więc, zapraszam na ostatnią część Historii prawdziwej w trzech aktach pisanej. 

 

Czajka to zwykłe dziecko z niezwykłą historią utkaną z pajęczej nici. Głęboko wewnątrz niej skrywa się to wszystko, co chciałaby wykrzyczeć światu. Opowiedzieć wszystkim o swoim niewyobrażalnym szczęściu. O tym, jak wiele dobra ją spotkało. Jak radosne i spokojne miała dzieciństwo. Jednak... przyszły zmiany. Nieprzyjemne. Często bolesne. Wyciskały łzy z oczu - tak samo prawdziwe jak łzy każdego dziecka. Czasami budziła się w nocy. Zlana potem, z krzykiem wetkniętym w usta. Ze strachem czającym się gdzieś na dnie duszy. Widocznym w jej wielkich, dziecięcych oczach. To był czas, kiedy dowiedziała się, że nie wszystko jest dobre. Że jej rzeczywistość, to nie rzeczywistość każdego dobrego i szczęśliwego dziecka. Jednak... pamiętacie, że wszystkie swoje słodkie tajemnice chowała głęboko w sobie. Pomimo tego, że stały się gorzko-słone, nawet przez głowę jej nie przeszło, by złamać to przyrzeczenie, które sobie dała. Nigdy. I w ten sposób - zawsze chowając głęboko w sobie prawdziwe uczucia i myśli - żyła. Żyła. Upadała nie raz. Musiała wstawać. Niekiedy nie miała sił, by poruszyć chociaż najmniejszym palcem. Ale nie mogła przestać udawać, nie mogła przestać grać. Theatrum mundi. Była aktorem swojego życia. Najlepszym, idealnym i jedynym. Z czasem doszła do wniosku, że czas przerwać tę sztukę. Spotkała już kilka osób, które zeszły ze sceny. W pewnym momencie stało się to dla niej swoistym celem. Dążyła do niego wręcz obsesyjnie. I pewnego dnia - spadła ze sceny. Jednak jest jedno zastrzeżenie. Po latach scena nie chce być sama. Scena nie pozwoli zejść jedynemu aktorowi. I chociaż tego nie chciała, Czajkę zmuszono do powrotu. Szybkiego. I bolesnego. I Czajka żyje. Żyje, jak żyć powinien każdy człowiek. Żyje, choć tak naprawdę nie wie w jaki sposób. Żyje, choć tak naprawdę jej marzenia zaczynają się wypalać. Żyje, choć nie ma celu. Żyje, choć nie powinna. Żyje, choć tego nie chce. Żyje i gra. Wciąż i od nowa rolę swego życia. I wie, że nie będzie mogła przerwać spektaklu przed ostatecznym dzwonkiem.

 

Kłaniam się uniżenie, jako autorka wynaturzonych nocnych rozmyślań. Mam nadzieję, że ta opowieść choć odrobinę urozmaiciła komuś dzień.

 

Mówi się, że z własnego życia nie powinno się robić przysłowiowej afery. Że to do niczego nie zmierza, przez to niczego nie osiągniemy, w niczym nam to nie pomoże. No okej, w takim razie - jaki jest sens autobiografii? I biografii? Jaki? Moim skromnym zdaniem - przeogromnie wielki. Ale o tym za chwilę.

 

Mitch Albom. Właściwie to Mitchel. Kiedy go poznałam? Rok temu? Będzie gdzieś właśnie tak. Pamiętam, że kupiłam wtedy Zaklinacza czasu, którego połknęłam w jedno niedzielne popołudnie. Sądziłam, że była to luźna opowieść, historia w zasadzie o niczym szczególnym, niewiele wnosząca w moje samokształcenie. Bo za łatwo nią nasiąkłam. Ale wiecie co jest w tym najciekawsze? Cholernie się myliłam i przyznaję to otwarcie. Następną książką tego autora były Wtorki z Morriem. Czytane stosunkowo niedawno, autobiograficzne. Smutne i prawdziwe. Wesołe i sztywne. Tragiczne i komiczne. Nie pamiętam kiedy ostatnio tak źle czułam się po jakiejś książce. I wtedy stwierdziłam, że muszę mieć inne książki. Muszę je poznać. Muszę się czegoś dzięki nim nauczyć. I to zrobiłam.

 

Tym razem, żeby nie było, że nie widzę żadnych minusów - zaczniemy właśnie od nich. Są, nie powiem, że nie. A jakie? Pierwszy jest dość... prosty. Czytając te dwie historie musiałam co jakiś czas odetchnąć. Uspokoić gonitwę myśli. I zadać jedno, podstawowe pytanie. Jakim cudem jednemu człowiekowi udało się poznać trzech ludzi, którzy tak wiele go nauczyli, w tym dwóch musiał poznać na nowo, po czym pożegnać na zawsze? Ile jest prawdopodobieństwa, że ja lub jakiś mój znajomy będzie mógł przeżyć to samo? Nie ukrywam tego, że to dla mnie nieprawdopodobne. Ale nie niemożliwe. Trzeba mieć w życiu niezłe szczęście. Lub niezłego pecha - zależy jak leży. Ten mankament nie dawał mi jednak żyć przez cały proces czytania, do ostatniego słowa, do ostatniej kropki. I nadal nie daje. Nadal jest w tym coś nieprawdopodobnego. 

 

Drugim minusem - dla mnie, ale to osobiste animozje - jest kwestia okładki. Szczerze powiedziawszy, to gdybym nie była takim nadgorliwcem i nie sprawdziła jak wyglądała w pierwszym wydaniu, to nie byłoby tego akapitu. Obecna, czyli ta najnowsza, w pewien sposób przystosowana do pozostałych książek tego autora nie jest zła. Jest tak samo dobra jak każda inna. Kolorystyka jest wyrazista, ale nie gryzie po oczach. Rzuca się w oczy - ale nie przeszkadza w spokojnym rozmyślaniu jaskrawymi kolorami. Można by rzec - idealna. Ale oczywiście musiałam sprawdzić tę poprzednią. I tamta bardziej mi się podoba. Może ze względu na umiłowanie do staroci. Może dlatego stary notatnik oplątany gumkami recepturkami jest dla mnie lepszy niż niebo. Kwestia gustu, a o tym jak wiemy, nie należy dyskutować.

 

Czy dobrze znamy własnych duchownych? W miejscu, w którym mieszkam, a więc w niewielkiej mieścinie, duchowni są znani. Trudno by było inaczej, kiedy wszyscy wszystkich znają. Nie ma innego wyjścia. Co ciekawsze, najczęściej znane są ich gorsze strony. Lub po prostu strony czysto człowiecze. Mam wrażenie, że przez lata w głowach ludzi kształtował się taki stereotyp księdza. Zły, ciągnie od parafian pieniądze na nowe auto, wszystko jest dla niego, a on nigdy dla kogoś. Czasami to się sprawdza. Ale nie zawsze. I sądzę, że to krzywdzące. Czym człowiek sobie zawinił? Tym, że się narodził?

 

Mitch poniekąd był zmuszony do lepszego poznania człowieka, którego w pewien sposób podziwiał. Podziwiał go jako dziecko i opuścił jako niemal dorosły. Minęły lata. Każdy z nich wiedzie swoje własne życie. Każdy z nich podejmuje decyzje, które każdemu wydają się najlepsze. I pewnego dnia dochodzi do ponownego spotkania. Do przetarcia zaparowanej szyby. Do dostrzeżenia upływu czasu. Do powrotu do przeszłości. 

 

Zadziwiające jest to, że Rebe jest tak... zwykły. Jak każdy inny człowiek. Jedyne co wyróżnia go z tłumu jest niewidoczne gołym okiem. Jest to wiara w Boga i drugiego człowieka. W Dobro. Kocha, miłuje, wybacza, pozwala krzyczeć i płakać, daje oparcie, po prostu jest. Nie dzieli na lepszych i gorszych. Każdy jest równy. Ideał. Ideał, którego zjada choroba. Od środka i nieubłaganie.

 

Trudno jest pożegnać człowieka, który nie wygląda na kogoś... umierającego. Trudno jest napisać mowę na jego pogrzeb z myślą, że w następny weekend znowu się go odwiedzi w domu, znowu będzie można posłuchać jego śpiewnych odpowiedzi, jego miłego głosu. Znowu będzie można poczuć miłość, którą się otacza. I otacza nią innych. 

 

W niemal tym samym czasie Mitch poznaje Henry'ego. Czarnoskórego, potężnego kapłana. Kogoś niezwykłego i zwykłego jednocześnie. Zwykłego - bo błądził jak każdy człowiek. Czasami nawet bardzo błądził. Dlaczego niezwykłego? Bo mimo wszystko potrafił się odnaleźć. I odnaleźć innych do siebie podobnych. Pomagał im - chociaż sam potrzebował pomocy. Pomagał im - chociaż nie miał na dobrą sprawę jak. Pomagał im - chociaż niekiedy jedyną pomocą jaką mógł im dać, były słowa i kawałek lodowatej podłogi do spania. Był dla nich. 

 

I znów. To nieco naiwne. Na nawrócenie. Ale znów - nie jest to niemożliwe.

 

Po zakończonej lekturze długo leżałam w łóżku. Pomimo tego, że było już późno, że niebawem musiałabym wstać i zacząć kolejny, nowy dzień. Leżałam i zastanawiałam się. Nad tym, dlaczego lubię czytać auto- i zwykłe biografie. Co mnie do nich ciągnie? Nie wymyśliłam niczego super odkrywczego. Jedyne na co wpadłam to to, że potrzebuję poznawać innych ludzi poprzez ich problemy. Ich wynaturzone niekiedy zachowania. Pozory, które sami tworzą. Czuję taką potrzebę, gdyż jednocześnie czytam o osobach, które w jakiś sposób przetrwały. W jakiś sposób odkryły piękno tego świata. I jednocześnie mam nadzieję, że i mi to się kiedyś uda.