174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Tyle, że w żaden sposób nie zmieni to świata.

Zbigniew Religa. Człowiek z sercem w dłoni - Jan Osiecki

Chciałam napisać na początek, że się cieszę. Z powrotu tutaj. Z tego, że mogę pisać. Że znalazłam w tym pisaniu piekielnie dużo tlenu tak przecież potrzebnego do życia każdego człowieka. Problem w tym, że ja już sama nie wiem, kim jest człowiek. Bo nie może to być każda napotkana osoba. Przecież wtedy to słowo straciłoby na wartości. Tak samo jak słowo miłość przestało cokolwiek znaczyć. No, prawie - w tej chwili jest niemal synonimem pożądania. I niczego więcej. Dlatego od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy na określenie człowiek nie trzeba czasem zapracować. Coś w tym chyba jest, nie sądzicie?

 

Poza tym, wprowadzę pewną nowość do dzisiejszej notki. Niespodzianką jest to, że nie będzie żadnego wspominania co u mnie słychać. Żadnych gorzkich żalów, jak to znowu w życiu mi nie wyszłooo. Koniec. Dzisiaj będzie... bajka. Zaskoczeni? Trochę świeżości nigdy nie zaszkodzi. Poza tym, sądzę, że ta bajka nie będzie miała zakończenia w tej notce. Za jakiś czas pewnie pojawi się jej kolejna część. Jak już ją odnajdę w zakamarkach swojej duszy. Ciekawa jestem, jak zareaguje Panna D., kiedy już ją przeczyta. Dla pewności - to tylko bajka, a więc fikcja. Bez obaw.

 

Chciałabym Wam opowiedzieć o pewnej... dziewczynce. Przyjmijmy, że ma na imię Czajka. Dlaczego tak? Bo jestem autorem i mam taki kaprys. Przechodząc dalej, Czajka to całkiem zwyczajne dziewczę. Z warkoczykami, z sukienkami w kwiatki. Ta, która najbardziej jej się podoba i nie zawsze może ją ubrać, bo jest przeznaczona na święta, jest czerwona. W drobniutkie kwiatuszki. Bez rękawów, ale z szerokimi ramiączkami. Czajka lubi świat. Lubi go odkrywać. Cal po calu. Lubi być postrzegana jako dorosła. Jako osoba, która wie, co chce dalej robić. Co z tego, że ma sześć lat? Naiwność Czajki wynika właśnie z jej mylnego przekonania, że świat jest piękny. Że jest miejscem, gdzie nie ma krzywdy. Ale jak już to napisałam - to mylne przekonanie. I Czajka niebawem będzie musiała stawić czoło brutalnej rzeczywistości.

 

Co działo się dalej? To przy następnej recenzji. Jako przedsmak epilogu dodam, że Czajka przetrwała. Ale czy to dobrze? Tego nie wie nikt.

 

Odchodząc od sfery baśni i bardów (a ja zawsze chciałam być takim bardem - wolnym człowiekiem, który może mieć tysiąc postaci, całkowicie przez niego wykreowanych... Cudowne, prawda?), przejdźmy do rzeczywistości. A ta jest nieco... bardziej brutalna i po prostu rzeczywista.

 

Ostatnio już pisałam o tym, że byłam na filmie Bogowie. Nie zamierzam się mocno powtarzać, ale to jest to miejsce, w którym mogę napisać, co po seansie i lekturze myślę o tym filmie. 

 

Transplantacja serca... brzmi dość nieziemsko, nieprawdaż? Zawsze zastanawiałam się, jak chirurdzy to robią, że bez najmniejszego drżenia dłoni rozcinają ludzi. Tak po prostu - trach! i klatka piersiowa jest otwarta. Trochę buczenia tego zabawnego noża do rozcinania kości i można obejrzeć jak wygląda serducho i płuca. Super, co nie? Według mnie - to zwyczajnie fascynujące. Tak samo jak fascynujący wydaje mi się moment, w którym lekarz musi wyjść z sali i na poczekalni pełnej ludzi, którzy nie mają pojęcia o walce jaką właśnie przyszło mu stoczyć, moment, w którym ten lekarz zmuszony jest do zachowania pokerowej miny i powiedzenia Przykro mi, ale nie byliśmy w stanie nic zrobić. Pewnie zastanawiacie się, co w tym fascynującego. Otóż, rzecz banalnie prosta. Siła psychiczna. Tego lekarza. I rozpadający się na milion małych kawałków świat ludzi, którzy czekali na jedną dobrą nowinę. I się jej nie doczekali.

 

Ale wracając do samego filmu - pomimo początkowych obaw, poszło jak po maśle. Co tu dużo mówić, przeogromnie mnie on zafascynował. Pokazał niezwykłą walkę i coś, co nie jest uchwytne na co dzień. Niszczycielskie piękno chęci niesienia pomocy.

 

Muzyką zajmował się Bartosz Chajdecki - czapki z głów dla tego pana. Ostatnia scena. Dudniąca melodia, która rosła. Rosła, rosła, rosła... W jakiś przedziwny sposób spajała się z rytmem wielu serc siedzących w sali. Melodia ta nosi taki sam tytuł jak cały film. I wiecie co? Jestem w niej pogrążona po same uszy. Gdy tylko wróciłam do domu, zaczęłam szukać informacji o tym, kto zajmował się właśnie tym aspektem tej ekranizacji (chociaż trudno tu mówić o ekranizacji, ale o tym później). Od tamtej pory jest ze mną zawsze. Gdy się uczę, gdy czytam, gdy piszę, gdy staram się usnąć, gdy udaję, że wcale głowa nie pęka mi na milion małych kawałków (coś dużo u mnie dzisiaj tych milionów małych kawałków). Była nawet podczas pisania próbnej matury. Dudniła pod czaszką, wryła się w pamięć, odtwarzało ją bicie mojego serca. Całkowicie mną zawładnęło.

 

I to jest to, czego oczekuję od dobrego filmu. Pochłonięcia.

 

Po przeczytaniu książki, muszę dodać jakąś kąśliwą uwagę. Bo to ja.

 

Sądziłam, że skoro książka była swego rodzaju pierwowzorem, skarbnicą wiedzy o Relidze, o jego dokonaniach, to film będzie czystym przeniesieniem słów na ekran. I tu przeżyłam zaskoczenie. Bo Bogowie pokazali tak niewiele. Tak zastraszająco mało tekstu, mało życia. Przekładając na strony, ten cały film zmieścił się na około 40 stronicach. Pytanie więc brzmi - jak wiele materiału jest na tych stronach? Odpowiedzi szukajcie w bibliotekach i księgarniach - wznowili nakład tej książki z 2009 roku. Sami sprawdźcie.

 

Niemniej jednak - film był genialny. Nie umniejszam jego wielkości w żaden sposób. Nawet tego nie próbuję. Bo i po co? Idealne kontrasty komizmu i dramatyzmu powodują gęsią skórkę. Ta melodia powoduje drżenie serca.

 

Sam tom podziałał na mnie jak kubeł lodowatej wody. Chyba tego potrzebowałam. Zwyczajnie. Potrzebne mi było otrzeźwienie. Spojrzenie na siebie i stwierdzenie - katuj się dalej, ale po co? Nigdy nie sądziłam, że tak krótkie pytanie wzbudzi tak wiele dylematów. Wniosek do jakiego doszłam: żyj tak, jak ty chcesz - innych i tak nic nie obchodzi twoje istnienie, więc po co masz zawracać sobie nimi głowę? Problem jest jeden. Wtedy powstała ta zimna, chamska, opryskliwa i bezuczuciowa ja. Witaj kolorowy świecie młodzieży, już za kilka godzin zostaniesz unicestwiony.

 

Jan Osiecki odwalił kawał dobrej roboty. Dość niewdzięcznej - trzeba przyznać. Profesor ma swoje tajemnice, które nie są do przekazania innym. Niekiedy stara się zręcznie przejść do innego tematu. Niekiedy otwarcie mówi, że to nie jest temat, na który chce się wypowiedzieć. To wszystko sprawia, że nie patrzy się na niego tylko przez pryzmat jego osiągnięć, ale przez pryzmat zwykłego człowieka zmęczonego życiem, który chciałby mieć pewien etap już za sobą.

 

Przez pewien czas zastanawiałam się, czy Profesor był świadom tego, że podczas tych wszystkich rozmów zwyczajnie umiera. Kawałek po kawałeczku. Wiecie jaki wniosek znalazłam? Wiedział o tym doskonale. Na długo przed poznaniem wyroku jakim był nowotwór płuc. Co więcej - nadal walczył, chociaż wiedział, że to nie ma większego sensu. Śmierć była przy nim od długich lat. I wreszcie przyszedł moment, kiedy zainteresowała się swoim towarzyszem.

 

Niezwykle trudną, ale jednak ważną częścią okazała się ta druga. Powodem jest to, że traktuje bezpośrednio o polityce. Czyli o czymś, czego niestety nadal nie potrafię zrozumieć, w czym nadal nie potrafię się odnaleźć, odszukać punktu zaczepienia. Pomimo tego, dotarło do mnie pewne stwierdzenie. 

 

W życiu zawsze jest coś za coś.

 

Nigdy nie sądziłam, że w książce traktującej bezpośrednio o medycynie, o jej rozwoju i polityce szpitali oraz całego tego medycznego światka, że właśnie tu pojawi się stwierdzenie, które majaczyło mi od zawsze w podświadomości. Ale to nie koniec rewelacji.

 

Panie profesorze, czym jest dla pana śmierć?

Snem. Tyle że wiecznym.

 

Brzmi to niezwykle kusząco. Sen. Sen. Sen. Coś czego pragnę. Zwyczajnego snu, odpoczynku podczas majaków nie mających najmniejszego sensu. To coś niewyobrażalnie pięknego i człowieczego.

 

Może wyjdę na ignorantkę. Może duża ilość osób stwierdzi, że tak naprawdę nie wiem o czym czytałam. Ale dla mnie ta książka nie jest tylko mową o próbach reform usług zdrowotnych. Jest to jej integralną częścią. Ale nie najważniejszą. Dla mnie ta największa wartość leży gdzieś na wysokości serca tego człowieka. Serca, które trzyma w dłoni. Serca, które nie czuje, bo jest tylko narządem. Serca, które - mylnie - uważane jest za źródło uczuć.

 

Wychodzi na to, że moje serce się zepsuło. I dusza też. Tylko lekarzy brak. A może to i dobrze?