174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Na stosikach to czarownice palili

Na sam początek - przepraszam, że kradnę czyjś tytuł. Ale gdzieś to przeczytałam, na jakimś blogu, już nawet nie pamiętam na jakim, ale chciałabym się odnieść do treści wpisu, który miał naprawdę ciekawy tytuł i duuuuużo treści, spójnych, logicznych i dających do myślenia. A więc do dzieła!

 

O czym był tekst? Oczywiście o stosikach. To raczej popularne na blogach książkowych. Zdjęcia nowych nabytków dodawane do nowej notki, pod nimi spis tytułów, czasami bloger bądź blogerka dokleją opisy, które zamieszczane są na tylnych okładkach. I to by było na tyle.

 

Przyznam się bez bicia - uwielbiam oglądać zdjęcia książek. To mój mały nałóg, który wykonuję zazwyczaj przed snem. Nie mam pojęcia co to ma na celu. Jeśli widzę coś znajomego - zawsze przypominam sobie za co tę książkę lubię, albo wręcz przeciwnie - za co jej nie lubię itp. Ale co dalej? Ano - nic.

 

Osobiście dołączam zdjęcia stosików, kiedy opisuję w jednym poście kilka książek. Klasycznie, jedna fotka i po sprawie. Skąd to się wzięło? Być może z tego, co jest powyżej, z mojego przyzwyczajenia oglądania książek. Ale muszę oddać rację autorowi wpisu, który miałam okazję dziś przeczytać.

 

Nie rozumiem ludzi, którzy miesiąc w miesiąc, a nawet częściej, wstawiają na swojego bloga/fanpejdża/stronę/cokolwiek innego zdjęcie ogromnego stosu książek. Super by było, gdyby do tego dołączony był tekst o treści książek, o tym co dany bloger o nich sądzi. A tu, ani widu, ani słychu po recenzji. Jaki to ma sens?

 

Doszłam do takiego samego wniosku, co autor tamtego artykułu. Książki coraz częściej kupowane są po to, by się pochwalić. Nimi, swoją pseudo-inteligencją, swoją pseudo-wartością. Jeszcze bym to jakoś przełknęła, gdyby książki były tanie jak chleb. Ale one kosztują i to nie mało! Więc jakby nie patrzeć - pieniądze wydawane są dla szpanu. Żałosne? Bardzo.

 

Przykro jest się do tego przyznać, ale sama uwielbiam kupować książki. Czasami te, które już kiedyś czytałam, ale chciałabym je mieć na własność, częściej całkowicie mi nieznane, powołując się na opinie, recenzje, ostatnie zdanie danej książki, autora... Wiele mam tych kryteriów. Problem jednak jest taki, że zanim skończę przeczytać te książki, kupuję następne. A później kolejne. Później idę do znajomych - pożyczam. Do jednej biblioteki - wypożyczam. Do drugiej biblioteki - wypożyczam. Taka pętla.

 

Ale jednak się w tym odnajduję. Książki najnowsze leżą w jednym stosie, na półce przy łóżku. Te, które kupiłam kiedyś/kupiłam, ale je znam/ dostałam leżą także przy łóżku, ale na innej półce. Następnie ważne było, by sobie obiecać, że koniec z wizytami w księgarni. Do biblioteki - jak najbardziej, ale nie ma szału na kolejne zakupy książkowe. Bo na chwilę obecną, na przeczytanie czekają dwadzieścia dwie książki. To dużo. Nawet jak na moje standardy czytelnicze, czyli czytanie ok. dwóch książek na tydzień.

 

Warto spojrzeć na te wszystkie stosiki z krytycznego punktu widzenia. To tylko zdjęcia. Jeśli brak recenzji, czegokolwiek - ładne pozory, które trzeba utrzymywać, by być na topie, by uchodzić za inteligenta.