174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Więcej złota dla Izrael!

Kiedyś wam powiem skąd te moje pomysły na tytuły, obiecuję, ale jak na razie układają się w całkiem zabawne zdania.

 

Aby już nie mamić gadką-szmatką, aby nie udawać szczęścia wszechogarniającego mą duszę, przejdźmy do książki. Jednak zanim to zrobię, trzeba jeszcze swoje odczekać. Co mam na myśli? Klasyczne - w moim przypadku - tłumaczenie skąd pomysł na czytanie tej powieści. A tutaj pomysł jest... luźny.

 

 

Ot tak, pewnego dnia, mądra ja stwierdziła, poznam Witkowskiego. Ale jako, że nie porywam się z motyką na słońce i nie planuję prześladowań tego człowieka (aczkolwiek chciałabym mieć jego autograf), czym prędzej zaczęłam szukać jego pozycji w bibliotekach. Chyba nikogo nie zdziwi fakt, że jak już jest, to kolejka kilometrami się ciągnie, bardzo uprzejma pani bibliotekarka może mnie wpisać na listę, ale nie obiecuje, że ktoś mnie nie uprzedzi. Słodycz się leje, ja kiwam głową, mimo wszystko proszę o wpisanie na listę. I lecę do następnej. Tym razem miałam do czynienia ze wzrokiem typu: "dziecko, o co ty prosisz... nie przyznawaj się, że chcesz czytać Lubiewo, toż to wstyd...". Podziękowałam. I poszłam do księgarni. Jest. Ale Drwal. Okej, prawie świetnie, szkoda tylko, że chciałam inną. Ale mówię sobie - poczekaj, kiedyś będzie.

 

Po - uwaga - półtora roku zachodzę do tej samej księgarni. I Lubiewo jest! Zerka na mnie z lubieżnym uśmiechem, rozchyla swe nog... okładki, oczywiście, że okładki, zaprasza do ohydnej lektury. I tak oto jest. Moja. Brakuje tylko okrzyku "Bierz mnie, ty brutalu!". Byłby bardzo w stylu.

 

Jednak nie od razu ją przeczytałam. Musiała swoje odleżeć na przyłóżkowej półce. Dwa razy się zakurzyć. Musieli ją podziwiać moi znajomi, kiedy pełna zadowolenia ją prezentowałam. Ale się doczekała. Może powód dość niechlubny, ale lepszy taki niż żaden. Nastał więc ten wielki dzień, stwierdziłam, że poczytam coś, przy czym się wyłączę, przy czym nie będę musiała dużo myśleć, co mnie po prostu odmóżdży. Bingo!

 

Nie spodziewałam się tylko, że starym zwyczajem, w każdej książce znajdę problemy. A tutaj... tutaj problem pogania problem, przez problem przeskakując i problem wymijając. Problemowe wyścigi, maratony. Może wydawać się, że piszę od rzeczy. Gdzie problemy w książce, która opowiada o życiu pedałów, tak przegiętych, że mówią o sobie per (wybacz, autorze!) Michaśka, Pizdencja itp? A jednak.

 

Niby wszystkie postaci są fałszywe, ale zadziwiająco pasujące do autora. Nie, że każda to autor, broń Boże, jeszcze tego by tu zabrakło. Chodzi mi właśnie o Michaśkę. Adnotację odautorską Cenzury, poprawki, wrażliwe polonistki podpisuje właśnie tą, żeńską formą swojego imienia. W powieści pojawia się Michaśka. Która jest literatem. Urodzona w 75. I tych informacji jest jeszcze trochę, ale po co się w nie wgłębiać? Sądzę, że to wszystko ma taki specyficzny smaczek. Nie szukałam odpowiedzi w sieci na ile moje przypuszczenia są trafne. Jeśli nie są - ciekawe wpuszczenie czytelnika w błędne rozumowanie. Jeśli są - takiego życia tylko pozazdrościć. Bo nie należy ono do nudnych i monotonnych.

 

Swoim zwyczajem, moja podświadomość wybrała bohatera ulubionego. I tym razem także jest to ostatnia ofiara losu, taka sierota życiowa. Mowa tu o Diance. ...miała sznyty na rękach, pochodziła z Bratysławy. I już jest moja. Nie mam pojęcia dlaczego tak często wybieram postaci tak skrajnie bezbronne, niewinne, wykolejone życiowo, psychicznie i fizycznie, ale tak jest. I jest też Dianka. Miała sznyty na rękach, pochodziła z Bratysławy. I chciało mi się płakać, kiedy jak zwykle nic jej nie wychodziło. I było mi z tym źle. I nadal nie potrafię odciąć się od własnych problemów.

 

Jak już pisałam na wstępie - chciałam się odmóżdżyć. A marnie wyszło. Zachciało mi się być filozofem. I teraz mam. Nie ważne czy czytam gniota, czy coś wybitnego, czy o sprawach przyziemnych, czy o nadnaturalnych - wszędzie jest piękno, które trzeba docenić. A to z kolei jest okropnie męczące. Bo nie mogę odpocząć.

 

A może wybieram złe książki?