174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

To nie złudzenie - to fakt

Długo się zastanawiałam, czy aby na pewno chcę to napisać. Naprawdę długo. Kurczę, przez niemal tydzień pozwoliłam sobie nie odznaczyć tego tekstu na "przeczytane". Bo nie wiedziałam, co mogłabym tutaj umieścić. A może zacznijmy od początku?

 

 

Patrząc na sam tekst, na nic więcej, tylko słowa... Jest okropny. Nie potrafię powiedzieć niczego innego. Odrzuca, łamie konwenanse, obraża, wynaturza... Nienawidzę tego. Nie znaczy to, że wydelikacona ze mnie panna, która na dźwięk czy widok przekleństwa się krzywi, która nie potrafi rozmawiać o sprawach fizjologicznych... Na Boga, nie! Ale tym razem nie potrafię. Nie widzę sensu. Obcy jest mi taki sposób zwrócenia na siebie uwagę czytelnika. Po prostu... nie.

 

Jednak jest coś, co wiedzieć powinien każdy. Tym razem moje przekładanie w czasie napisania tych kilku zdań okazało się naprawdę przydatne. Na co czekałam? Nie na olśnienie. Na dyskusję. I doczekałam się. 

 

Aby zrozumieć ten tekst, należy poznać samego Witkacego. I nie, nie mam tu na myśli poznania wszystkich środków odurzających, których działania badał pod kątem działania na psychikę człowieka. No, i to że badał to na sobie samym. Jak to ma w zwyczaju ktoś, kto czegoś dokonał, nie sposób sprawdzić, czy jego teksty były tworzone pod wpływem. A może to i dobrze?

 

Wracając do tematu, to co powinniśmy wiedzieć, to jego założenia teatru czystej formy. Powinniśmy wiedzieć, do czego dążył. A jego zamiary naprawdę miały... dużą wartość, przynajmniej dla mnie. 

 

W czasie dwudziestolecia międzywojennego, kiedy sztuka zaskakiwała, szokowała, maltretowała umysły odbiorców itd, w tym samym czasie okazało się, że wszystko to tworzone jest na jedno kopyto. Po prostu. Zero indywidualności, zero prawdziwego "ja". I Witkacy chciał z tym walczyć. Naprawdę chciał. W moim mniemaniu - nieudolnie i złym sposobem. 

 

Z jego założeń wynika, że chciał na tyle potrząsnąć - mentalnie, oczywiście - odbiorcą, by ten obudził się z tego złudzenia, jakie przyjął za swoje życie. Chciał pokazać ludziom, że żyją w kokonie ułudy, którą sami sobie zbudowali. I którą oni muszą zburzyć.

 

Był zdania, że gotowy jest dokonać tego wszystkiego z taką siłą, by człowiek był w stanie - nawet! - popełnić samobójstwo. Z bezsilności, z ogromu bólu. Z powodu zauważenia tego, że wszyscy są bezwartościowi, nawet on. 

 

Smutne, ale prawdziwe. Chcąc być sobą, niszczymy idyllę, którą sami przez lata budujemy. Ale to nic. Czasami warto, jak próbuje mi przełożyć Pani A. Jeśli więc ona to wie i jest o tym przekonana, a jest szczęśliwym człowiekiem, chyba należy bić pokłony Witkacemu.