174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Na zawsze

Ostatnimi czasy stwierdziłam, że nie mam na nic sił. Na to, by czytać, na to by oglądać, by słuchać muzyki. Swoiste apogeum nastało, gdy dostałam zestaw maturalny, po czym go od siebie odsunęłam (czysta głupota, nie ma co). A później... później był czas, by wyruszyć na cmentarz. Cały rok szukałam wymówki. Bo zimno, bo pada deszcz, bo śnieg, bo lekcje, bo boli mnie głowa, bo mam kaszel, bo zapalenia oskrzeli, bo coś. Zawsze był powód. Ale tym razem, moja argumentacja przeszła mnie samą. Uwaga, bo ona mnie mnie wychowała. Bronię się przed duchami przeszłości, tworząc sobie kolejny powód do poczucia winy. Wiecie jak to jest, gdy jeden rodzic znajduje się setki kilometrów od ciebie, a drugi dwa metry pod ziemią? Jeśli nie - wierzcie mi na słowo, nie chcecie tego znać. Bo ból po ich utracie zmusza do czegoś, co napisałam powyżej. A to cholernie boli.

 

Wszystkich Świętych od zawsze był moim dniem. Trudno mi to wyjaśnić. Co roku, to był czas, kiedy starałam się przebywać poza domem. Co roku, chodziłam sama na Jej grób, siedziałam w nocy na ławeczce, otoczona świecącymi lampkami. Chociaż ten jeden dzień starałam się Jej poświęcić. Może to sztuczne. Ale ja tak walczę z przeszłością. Próbując nie dać jej się pogrzebać, cały rok ignoruję wszystko. I tylko tego jednego dnia pozwalam sobie na rozczulenie, na bezmyślne beczenie, na wyrzucenie z siebie wszystkich bolączek. Tym razem nie miałam odwagi. A to boli jeszcze bardziej niż rok-starania-się-nie-pamiętać.

 

Patrzę na siebie i już nie widzę tej samej osoby co kiedyś. Zwyczajnie dostrzegam tylko cień mnie samej. I ten cień zaczyna wyglądać jak Ona. Obiecałam sobie, że do tego nie dopuszczę. A teraz sama do tego dążę. Dlatego nie mam odwagi.

 

Kiedy już wylałam z siebie to wszystko, wypadałoby przejść do rzeczy przyjemniejszych. Jednak przez wzgląd na uczuciowe wypranie mnie w nowoczesnej pralce, tym razem będzie płasko. Bo nie jestem w stanie. Bo chcę cholernego spokoju od tego wszystkiego, ale nie mogę go zaznać. Bo się boję.

 

 

Najpierw skończyłam czytać Świat według Boba. Książka mnie totalnie zauroczyła. Jest słodko-gorzka, jak całe życie. Ale właśnie dzięki temu, dzięki historii w niej opisanej, czuję, że jest szansa. Że powinnam nadal hodować w sobie nadzieję na to, że będzie lepiej. Bo będzie, prawda?

 

Bob to niezwykły kocur. Jak każdy inny - lubi psoty, jedzenie i ciepło. Niby nic, ale jak wielką daje to radość... Coś niebywałego. Dla Jamesa - autora tej powieści - Bob był ratunkiem. Z nałogu, z życia, które do tej pory wiódł, z upadku. Pojawił się niespodziewanie. I jeszcze bardziej niespodziewany okazał się fakt, że to dzięki niemu, pan Bowen dał radę okiełznać pseudo-życie, w którym tkwił, bez żadnej nadziei na lepszy czas.

 

Boba trudno nie lubić. Jak każdy inny kot - ma swoje własne ja, nie da się szufladkować. Jest bystry, kochający, rozumie aż za wiele. Zdawałoby się, że to przecież tylko zwierzak jakich nie mało na tym świecie. I niby tak. Ale z drugiej strony... jest coś więcej. Może nie w nim samym. Ale w jego historii.

To, jak znalazł się na ścieżce Jamesa, opisano w pierwszej części. Ich pierwsze spotkanie na wycieraczce, ich przeboje z weterynarzami, ich rozstania i zagubienia. Tu mamy do czynienia z czymś, co ściśle łączy się z przeszłością.

Sama mam kota - z reguły to pieszczoch, ale gdy coś chce, potrafi być bezlitosny. Jednak perfekcyjnie wyczuwa, kiedy ma nie przeginać. Kiedy trzymam się na skraju, obserwuje mnie leniwie, leżąc obok, zwinięty w kłębek. Kiedy walczę z bezsennością - kładzie się na mojej poduszce, mrucząc mi głośno i uspokajająco. Kiedy zwijam się z bólu - potrafi przeleżeć na bolącej części ciała pół dnia i całą noc. Taki to już Kot-Lekarz.

A James znalazł swojego. Wreszcie miał okazję czuć się potrzebnym - kiedy życie kopało go raz za razem w tyłek, z szyderstwem pokazując środkowy palec, Bob był. Po prostu był i to jego bycie było wystarczające. Bo kot też potrzebuje towarzysza. Mówi się, że są samotnikami. Ale prędzej czy później, przyjdzie ci taki sierściuch do łóżka, przytuli pyszczek do twojego nosa. Zamruczy. Zdarza się, że pogłaszcze cię łapką po ramieniu lub dłoni.

Albo zje obiad.

Ale to wszystko jest cudowne. Każdy człowiek do życia potrzebuje poczucia bycia potrzebnym i kochanym. A Bob... Bob po prostu to spełniał. Trwał przy Jamesie, kiedy ten miał zjazd, przychodził do niego, by sprawdzić, czy czuje się lepiej, obserwował go podczas pracy, bojąc się o swojego pana.

A James tego właśnie potrzebował. Po latach, które uciekły mu pomiędzy palcami, po latach nie radzenia sobie z problemami, z życiem, nagle okazało się, że się da. Że trzeba tylko bardzo mocno chcieć i się starać. I mieć dla kogo to robić.

Co przeżył Bob? Tego nie wie nikt. Aż do momentu pierwszego spotkania z Jamesem, jego całe życie to jedna wielka niewiadoma. Ale to nic. Póki trwa szczęście - dopóty nic więcej się nie liczy.

 

A dalej był Kubuś Puchatek. Moi znajomi prychali z politowaniem, kiedy pełna zadowolenia z siebie mówiłam o kupnie tej książki. O tym, że bardzo mnie to cieszy, bo od zawsze chciałam przeczytać Kubusia Puchatka, o tym, że lubię słuchać opowieści o Misiu O Bardzo Małym Rozumku. Czy to złe - od czasu do czasu odpocząć od dorosłości, przeczytać jedną z wielu opowieści o Puchatku i Krzysiu? Czy to złe - przyznać się, że dzieciństwo jest dla mnie ważne? W życiu ludzi, którzy usilnie chcą pokazać, że są alfą i omegą, najwyraźniej tak. Bo z tych wszystkich osób, nie znalazła się żadna, która powiedziałaby choć jedno przychylne słowo.

Kiedy byłam mała - zawsze oglądałam wszystkie kreskówki z Kubusiem Puchatkiem. To pamiętam - jak wieczorem, po kąpieli i w dwuczęściowej piżamie, leżąc pod grubym kocem wpatrywałam się w ekran telewizora. Czasami chciałabym poczuć tę samą beztroskę, co wtedy. Chciałabym móc usiąść przed bajką, która jest dla mnie tylko bajką, o misiu, o prosiaczku, o króliku, o sowie... No i o osiołku. Bo tym dla mnie była. Kolejną bajką na dobranoc.

Po latach, kiedy mam okazję wrócić do tych wspomnień, po części dzięki siostrzenicy, dochodzi do mnie to, że to nie tylko niewinne opowieści. Mam ochotę walić głową w mur, wymyślając sobie, że jako kilkulatka nie widziałam wszystkiego tak wyraźnie jak to jest teraz.

Zawsze lubiłam Kłapouszka. Ta spokojna, ale jakże smutna postać ciągnęła mnie do siebie. Było mi go tak bardzo szkoda - przez tę jego samotność, przez jego przejmujący smutek. Teraz widzę, że ta postać, to poniekąd ja. Tak samo nie rozumiejąca rzeczywistości, brutalnego świata, niesprawiedliwości losu. A może oboje nie chcemy tego pojąć? Może. Może to nasze przekleństwo - dostrzegać tyle zła i nie wiedzieć co robić, by było lepiej.

Och, proszę, spójrzcie na tę opowieść inaczej, niż na bajkę. To nie tylko pluszaki. To nie tylko zabawki, które mają dać rozrywkę. To coś więcej. A to "coś" zależy tylko od nas samych.