174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Nauka trwa.

To zaskakujące, że tak bardzo gonimy za innym życiem i nie potrafimy dostrzec tego, co nas otacza. Nie widzimy kolorów dnia. Ruchu gwiazd i chmur. Nie czujemy kolejnego oddechu, a przecież cały czas oddychamy.

 

Dlaczego? Dlaczego żyjemy, jak w jakimś kokonie, nie dając sobie najmniejszych szans na przebicie się przez jego grube ściany? Ściany, które, nota bene, sami wybudowaliśmy. 

 

Tak. Też bym chciała znać na to odpowiedź. Jeśli ktokolwiek kiedykolwiek na cokolwiek wpadnie, niech da znać. Jakakolwiek wiedza jest lepsza niż żadna, serio.

 

W ten oto sposób staram się spełniać obietnicę daną sobie samej. Kolejna książka i kolejny post. Podejrzewam, że niebawem zagości tu nawet Proces we własnej osobie, ale jeszcze trochę czasu musi upłynąć.

 

No właśnie! Czas. Słowo klucz moich dzisiejszych rozmyślań. Nigdy przez całe swoje życie nie czułam jego upływu tak bardzo jak dzisiejszego popołudnia. To było doprawdy dziwne. Jak każdy weekend, ten także spędziłam w całości z rodziną. Jak każdą niedzielę, tę także postanowiłam spędzić z kimś, dla kogo te niedziele są czymś znacznie mniej błahym niż mogłoby się wydawać. Z tym, że ta niedziela otworzyła mi oczy. I to dość brutalnie. 

 

Mitch i Morrie. M i M. W mojej historii też jest M. I jest też K. K i M to osoby, które dzieli 60 lat różnicy. I łączy wiele innych rzeczy, jak na przykład identyczny charakter. Dzisiaj te dwie osoby połączyło coś jeszcze. I jestem naprawdę szczęśliwa, że mogę o tym opowiedzieć. Ale to później.

 

Morrie był słaby. I to nigdy nie miało ulec zmianie. Po prostu słabł. Z każdym wtorkiem coraz bardziej. Łącznie wtorków było 14. A może powinnam napisać 15? Ten piętnasty miał szczególną nazwę. Dyplom

 

Morrie chciał powiedzieć dużo. I naprawdę dużo powiedział. Oraz zdziałał. Nie tylko w życiu Mitcha. Ale też i moim. Prawdopodobnie tak samo, jak w większości innych czytelników. Po prostu z zadziwiającą prostotą pokazał, że śmierć czeka na każdego. Nie ważne, czy się jej boimy, czy na nią czekamy, czy może wypieramy ją ze swojej świadomości. Ona zawsze tam jest, gdzieś na podorędziu, gdzie udajemy, że nie ma niczego. Ale to nie jest prawda. I Morrie o tym wiedział.

 

Czasami zastanawiam się, co zrobię, gdy stracę w ten sposób kolejną osobę. Co zrobię teraz, jako osoba dorosła, niemal samodzielna. Starająca się zbudować swoje własne życie. I nawet po godzinach rozmyślań, nie wiem. Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Być może nie chcę. Być może się boję.

 

Na pewno się boję i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Boję się, że tym razem ta strata przygwoździ mnie do mentalnej podłogi i nie da się podnieść. Boję się, że tym razem nie znajdzie się ktoś, kto usiądzie obok mnie, kto wysłucha moich słów. Moich lęków. Boję się, że śmierć kogoś bliskiego okaże się destrukcyjna także dla mnie.

 

Nie okłamujmy się - jesteśmy słabi, bo tacy mamy być. I nie ważne ile lat wpajamy sobie, że dajemy sobie świetnie radę, że nie ma nic, co mogłoby nas złamać, prędzej czy później nasze bajki zostaną roztrzaskane z brutalną rzeczywistością.

 

I błogosławieństwo w przypadku Mitcha i Morriego jest takie, że obaj zdają sobie sprawę z tego, że koniec niebawem nastąpi. Jest to wystarczająco duży okres czasu, by się pożegnać. I - paradoksalnie - zbyt krótki, by pogodzić się ze stratą, która ma nastąpić.

 

Morrie starał się przygotować wszystkich do własnego odejścia. Jednocześnie coraz bardziej potrzebował pomocy innych przy najprostszych czynnościach. 

 

To okropne uczucie. Czytać o kimś, kto śmierci patrzy prosto w oczy, kto trzyma dłonie drugiego człowieka, dostarczając tym samym pocieszenia nie tylko sobie, ale i jemu. Zwłaszcza w momencie, w którym samemu trzyma się dłonie kogoś, kto nie jest pierwszego zdrowia, kto traci siły. Tak, to są te dwie osoby. M i K. Ich historia nie jest burzliwa. Po prostu są.

 

Dopóki kochamy i przechowujemy w pamięci uczucie miłości, dopóty z chwilą śmierci tak naprawdę nie odchodzimy.

 

Dlaczego ten człowiek - umierający, na skraju życia - dawał nadzieję innym? Sam był coraz słabszy, sam zwyczajnie umierał. A był na tyle silny, że ofiarowywał swoją pomoc. To już na zawsze pozostanie dla mnie zagadką. Tak jak masa innych rzeczy.

 

Może magia tego wszystkiego istnieje w tym, by nie znać odpowiedzi na wszystkie pytania jakie się ma?