174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron

Walczę więc jestem

Chustka - Piotr Sałyga, Joanna Sałyga

Teraz, kiedy (chociaż teoretycznie) powinnam mieć mniej obowiązków, mniej nauki, mniej szkoły, mniej uczenia się i tego wszystkiego, co związane jest właśnie z faktem, iż jestem uczennicą, na nieszczęście, nauka się nadal nie kończy. Niemniej jednak, nie byłabym sobą, gdybym jednak nie znalazła tych cennych minut na czytanie. A cenne to one są.

 

Chustka, to książka, którą powinien przeczytać każdy. Od tego należy zacząć. Byłoby wspaniale, gdyby była kupowana; dochody ze sprzedaży przekazywane są na fundację, która jest wyrazem woli Joanny Sałygi. Ja nie czekałam długo na niesienie pomocy i wspieranie Fundacji Chustka - życie zdążyło mi pokazać, jak ważne są środki przeciwbólowe w czasie trwania choroby nowotworowej. I innych także zachęcam do zakupu. Warto, ale o tym jeszcze niżej.

 

Jak już pisałam kilka dni wcześniej, początkowo znałam wersję blogową. Czytaną raczej od czasu do czasu, w pogoni za tym co było i już nie wróci. W pewnym momencie, jakoś tak wyszło, że przestałam wchodzić na bloga. W głowie miałam jedynie niewyraźne wspomnienie życia z rakiem w tle, jakie znam osobiście. Gdy w potoku słów usłyszałam mocno skróconą wersję tej historii, gdy dotarło do mnie, że jest książka, w księgarni nie trzeba było czekać za długo. I tak pewnego dnia udało mi się zaraz po lekcjach wbiec do najbliższej księgarni (której nie lubię, ale mam dwie, a do drugiej było dalej, a czas gonił) i po chwili wybiec, ale już z plastikową torebeczką z pomarańczową książką, która najwyraźniej miała odmienić moje myślenie. I odmieniła - częściowo.

 

Zaczynając od wyglądu, to na sam początek muszę przyznać, że dzięki temu, iż książka jest utrzymana w rażącym oczy pomarańczu, przeokropnie rzuca się w oczy. Jestem więc przekonana, że nigdy nie zaginie mi na półce/stosie innych tomów. Zdjęcie na okładce - Joanna, już z ogoloną na jeża głową, ale uśmiechem i pomalowanymi oczami. I chustką oczywiście. Wszystkie kolory wspaniale kontrastują z oślepiającą bielą kartek. Naprawdę, cudowne połączenie.

 

Z racji tego, iż książka ta nie posiada numeracji stron, ciężko ująć mi w liczbach ile mniej więcej potrafiłam przeczytać za jednym razem. Pewne jest zaś to, iż musiałam sobie dzielić tekst na fragmenty w obawie, iż skończę ją zbyt szybko. Mam co prawda jakieś książki na lato (które jeszcze nawet się nie zaczęło), ale obawiam się, że tego będzie zbyt mało. Ale wczoraj, siedząc w radiu, nie mając tak naprawdę nic do roboty, jak usiadłam do czytania będąc mniej więcej w połowie, tak skończyłam, mając do przeczytania ostatnie 6 kartek (które i tak zostawiłam sobie na dzisiejszy ranek w drodze do szkoły!). Mocy nie było, ale i tak przeogromnie się zasiedziałam. 

 

Plusem (do wiarygodności) jest to, że nie zrobiono korekty tekstu. W skrócie: część wpisów pominięto, część skrócono (z wiadomych przyczyn, wszystkiego nie dałoby się zmieścić), ale zostawiono oryginalną pisownię. Tak jak na blogu, tak w książce panowały nazwy typu Niemąż, Giancarlo, Babcia B. czy Ulubiony Doktorek. Z reguły, nie pojawiały się zdania pisane z wielkiej litery. I podejrzewam, iż był to zabieg celowy. Ponieważ każde, dosłownie każde wspomnienie o tych, na których najbardziej zależało Joannie, którzy byli dla niej podporą/podtrzymującym na duchu lekarzem okraszone było wielką literą. I tak, każde określenie Syna, każde pojawienie się w dniu Ulubionego Doktorka, tęsknoty za Niemężem, szczęścia z powodu miłości i wsparcia Babci B. było doskonale widoczne, nawet z daleka. Nie uwierzę, że tak było przypadkowo.

 

Żałuję niezmiernie, iż nie zamieszczono w wersji papierowej większej ilości zdjęć. Niestety, ukazane zostały fotografie przedstawiające samą Joannę. A na blogu niejednokrotnie dodawane do postów były te z Synem w roli głównej. Jak dla mnie, ominięto naprawdę ważną część wpisów. Ale i bez nich zachowany jest klimat i siła uczuć Joanny do swoich bliskich.

 

W jednym z postów, jakie zamieściła Joanna, krytykuje ludzi, którzy śmią twierdzić, iż do choroby jej daleko. Zdziwiłam się tym, bo już na pierwszy rzut oka widać po niej, że przeszła niemało. Nie rozumiem tego, ponieważ miałam styczność z chorobą nowotworową. I wiem, doskonale pamiętam jak człowiek wygląda. Więc dlaczego ludzie okazują się być takimi ignorantami? To wręcz żałosne.

 

Bałam się zakończenia tej historii. Bałam się i na dodatek, naiwnie zostawiłam samą końcówkę na jazdę do szkoły. Autobusem pełnym ludzi. Brawo za rozsądek. Ale z jednej strony to dobrze. Bo nie pozwoliłam sobie na nic wielkiego. Smutek i rozgoryczenie zagościło w mojej głowie, bo dotarło do mnie ze zwielokrotnioną siłą, iż nawet czynnie walcząc, bywa tak, że ponosimy klęskę.

 

I tu powinnam przytoczyć wczorajszą dyskusję, która wytworzyła się pomiędzy mną, a mężczyzną w czerni, oczywiście, o znajomego księdza mi chodzi. Gdy postanowiłam przerwać lekturę, ułożyłam się wygodnie z głową na biurku pokrytym przyjemnym chodniczkiem. I wtedy wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:

- Już skończyłaś książkę?

- Nie, zostało mi kilka kartek, proszę księdza. Ale skończę za chwilę. Może dziś, może jutro. Nie wiem, bo się obawiam.

- Czego ty się obawiasz, dziecko?

- Zakończenia, rzecz jasna. Powiadomienia o śmierci Joanny. Wie ksiądz, czytałam jej bloga, wiem dlaczego kolejne notki przestały się pojawiać. Boję się, że też poniosę klęskę, że mi się nie uda. Chociaż, nie można powiedzieć, że Joanna przegrała. Zdecydowanie nie można.

- Jak to nie? Przecież nie żyje. Umarła. Czyli przegrała.

- Nie, proszę księdza. Przegrała moja matka. Bo nie pozostawiła po sobie nic, prócz czarnej dziury, która połyka całe szczęście jakie w sobie generuję. Joanna nie przegrała. Po części można powiedzieć, że wygrała. Ale faktycznie - umarła. Więc lepiej będzie, gdy powie się, że zremisowała.

- Nie zrozum mnie źle, ale naprawdę, ona przegrała. Nie widzisz tego? Rak ją wykończył.

- Umarła, ale nie przegrała. Niech ksiądz mi uwierzy. Zostawiła po sobie naprawdę wiele dobrego. Bloga i książkę, które dają ogrom mocy i chęci pracy, chęci walki. Zostawiła Fundację Chustka. Fundację, która pomaga ludziom w zdobywaniu leków, bez których obejść się nie mogą. Zostawiła Niemęża, wspaniałego człowieka, który dał jej wiele szczęścia, miłości, uśmiechu. Zostawiła po sobie Syna. Giancarlo. Młodego chłopca, którego wychowała na człowieka!

- Ale przegrała. Nie żyje.

- Pozostawiła wspaniałe świadectwo walki z nowotworem. Pokazała, że są różne drogi leczenia. Że nie trzeba leżeć odłogiem w łóżku, że można prowadzić normalne życie. Że wystarczy chęci i nieco pomocy, a można osiągnąć wiele. Naprawdę wiele. I uwierzyła. Uwierzyła w Boga, napisała, że wierzy w jego istnienie. Nie potrafię, wobec takich argumentów, powiedzieć "przegrała". Bo moim zdaniem, przegraną nie jest.

I w tym miejscu dyskusja się urwała, nagłym wejściem pewnej osoby. Mam wrażenie, że ksiądz specjalnie ciągnął mnie za język. Specjalnie obstawiał coś, co mi nie pasowało. By zobaczyć to, że ja też potrafię walczyć i widzę walkę innych, nawet wobec nieuchronnego. Więc, reasumując, chciał mi po prostu pokazać, że walka jest tylko moją decyzją.

 

Jak już wyżej zostało napisane: książka ta jest świadectwem walki do ostatniego tchu. Walki pełnej szczęścia, radości, uśmiechu, zadowolenia, przyjaźni, miłości, dobroci. Ale i złości, smutku, płaczu, bezradności czy tęsknoty. Z tym, że Joanna przejawiała przede wszystkim te dobre aspekty. Wiedziała, że daje nadzieję innym - a tym samym, radziła sobie z własnymi problemami.

 

Cudo w miękkich okładkach, które już zostało zabookowane przez dwie osoby. Nie wiem, kiedy wróci do mnie, ale mam nadzieję, że wywrze tak samo niesamowite wrażenie na innych jak na mnie.

 

Teraz czas na powrót do rzeczywistości Błękitnookiego chłopca. I kolejną opinię.