174 Obserwatorzy
10 Obserwuję
Szitzu

Na piaskach moich snów

Ona się uśmiecha, kiedy już nie może inaczej...

Teraz czytam

Mroki
Jarosław Borszewicz
Przeczytane:: 178/231 stron
Książki. Magazyn do czytania nr 4 (19) / Grudzień 2015
Redakcja magazynu Książki
Przeczytane:: 59/90 stron
"Tato uważał nowotwór w swojej trzustce za najeźdźcę. Alzheimer to tylko ja, który się pruje, traci wiarę w siebie, staje się celem własnych żartów, w złe dni zdolny jest sam ze sobą grać w "polowanie na kapcia" i przegrać. Nie można z nim walczyć, nie można mężnie przetrwać. Alzheimer wykrada mnie ode mnie."

Terry Pratchett - "Kiksy klawiatury" [272]

"Żyjemy w świecie skorumpowanym, kierowanym głównie przez mężczyzn, którzy umieją zliczać liczby, a że umieją też liczyć ludzi, uważają, że ludzie to liczby. Akceptujemy półprawdy, nauczyliśmy się wierzyć, że powinniśmy robić to, co rząd nam każe, gdy tak naprawdę rząd powinien robić to, co my każemy. Rządy się boją."

Terry Pratchett - "Kiksy klawiatury" [s.230]

"W eskapizmie ważne jest nie tylko to, od czego się ucieka, ale i do czego. Człowiek powinien odejść w jakieś ciekawe miejsce i wrócić wzbogacony tym doświadczeniem. "

Terry Pratchett - "Kiksy klawiatury" [s. 119]

Twojej modlitwie

Niezwyciężony! Potęga wiary w działaniu - Nick Vujicic

Ta książka utwierdziła mnie w tym, jak zmieniającym się tworem jest człowiek. A konkretniej: ja. Niby nic dziwnego, bo przecież każdy się kiedyś zmienia, każdy nabiera swojego własnego, prywatnego charakteru. Z czasem też, człowiek dorasta, jego upodobania się kształtują wokół jego własnych zainteresowań, jego wiary (zadziwiające...), jego hobby czy jego charakteru prac. Charakteru w ogóle także. Nikogo to nie ominie, mnie także nie ominęło.

 

Pierwszą książkę Nicka czytałam jakieś trzy lata temu, moja osoba była wtedy, delikatnie mówiąc, mocno niepogodzona z rzeczywistością, ze światem, z charakterem życia na świecie. Być może, także (w tej chwili mam wrażenie, że przede wszystkim) z samą sobą. Ciekawe, że dostrzegam to po upływie znacznej ilości dni, po wypiciu w swoim niedługim przecież życiu hektolitrów kawy, herbaty, wypaleniu niezliczonej ilości papierosów, nieprzespaniu niejednej nocy. Jednak, czytając Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! czułam się... minimalnie pogodzona z tym, w co dzieje się na zewnątrz i wewnątrz mnie. Przez okres znęcania się nad tą książką i niedługo po zakończeniu tego, czułam się lepiej. W tej chwili podejrzewam, że była to reakcja na naprawdę wielką dawkę optymizmu, podnoszących na duchu treści i... wiary. Otóż to! Najbardziej zagorzała agnostyczna w rodzinie otworzyła oczy na Boga. Pozwolę sobie poświęcić chwilę na małe wyjaśnienie, jeśli nikogo to nie interesuje, proponuję przeskoczyć jakiś akapit dalej.

 

"[...] nie da się ukształtować charakteru w ciszy i spokoju. Dopiero doświadczenie trudności i cierpienia wzmacnia duszę, pobudza ambicję i pomaga osiągnąć sukces." [s. 106]

 

Wiecie jak to jest, kiedy w naprawdę złym okresie ktoś albo coś podaje wam rękę, pomocną na dodatek i usilnie przekonuje, że będzie lepiej? Tak właśnie ja czułam się tych kilka lat temu. Znalazłam wspaniałych ludzi, bez których prawdopodobnie inaczej bym wyglądała, odnalazłam coś, co mogło nadać mojemu istnieniu jakiś sens. Tym czymś był Bóg. Jeśli kogoś razi pieprzenie tego typu farmazonów, spokojnie, zaraz już nie będzie tak klerykalnie. Pewnie dlatego, że wiara była stanem epizodycznym, jednostronnym, bardzo szybko się we mnie zapaliła i jeszcze szybciej wypaliła, jak papieros na wietrze. Powodem jest to, że tak naprawdę wcale nie dawało mi to czegoś specjalnego. Byłam przekonana, że ludzie, którzy byli naokoło mnie, to ludzie na śmierć i życie. Że Bóg będzie Ojcem, jak to próbowali mi niektórzy wytłumaczyć. Nie znalazłam ani Ojca, ani ludzi na śmierć i życie. Chwilowe zatracenie – owszem. Omotanie – pewnie. Zagubienie – od lat. Jednak wtedy, ta konkretna książka wydała mi się niesamowicie wielka, niesamowicie poważna i niesamowicie pomocna. Myślałam, że to jest to! Złapałam życie za ogon i teraz już nie dam się tak łatwo zostawić w tyle. Widać... nie znałam ani życia, ani tego, czego tak naprawdę poszukuję. Ludzie – jak to mają w zwyczaju – zapomnieli i odeszli. Powiem szczerze – ich strata. Mieli we mnie coś więcej niż tylko wielkie nieszczęście i kłopot w jednym. Mieli kogoś, kto zawsze ma otwarte serce i umysł. Bóg – jak to Bóg – niewiele mi dał. Chwilowe cudowne ozdrowienie, po którym nastąpił tak teatralny upadek wszystkiego, że w tej chwili mam ochotę się roześmiać. Piękne bajki się skończyły, a Panna Nikt musi radzić sobie sama. Jedyne refleksje, jakie w tej chwili odnośnie czytania w tamtym czasie Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! mi się nasuwają to: piękna, prawdziwa, podnosząca na duchu, pomocna. Z Niezwyciężonym! jest inaczej. Dużo inaczej.

 

Czytając – męczyłam się niemiłosiernie. Po przestudiowaniu kilku książek o religiach, po dostrzeżeniu tego, iż każda sprowadza się do jednego, w mniej lub bardziej brutalny sposób, po delikatnym podrośnięciu, czułam zawód. Prawdopodobnie każdy kiedyś miewał taki przypadek. Po pierwszej książce danego autora czekał z niecierpliwością na kolejną, by zawieść się na niej do tego stopnia, że nie mógł nawet na tę książkę patrzeć. Przykre.

 

Czytając – prychałam pod nosem. Przyciągałam tym zaciekawienie ludzi w pociągu i innych miejscach, do których zabierałam Niezwyciężonego! ze sobą. Byli zaskoczeni, zwłaszcza, gdy przymykałam książkę i dostrzegali okładkę, być może zastanawiali się, dlaczego taka gówniara jak ja, tak traktuje opowieść o czymś tak przykrym. Cóż. Wybaczcie wszyscy, którzy kręciliście nosami na widok mojego zachowania. Nie będę się tłumaczyć.

 

Czytając – zastanawiałam się, po cholerę to robię. Dlaczego się męczę i ciągnę to, jak gdyby od tej lektury zależało moje życie. Prawdę powiedziawszy – do tej pory nie wiem. Być może wynikało to z mojego upartego zachowania w stylu "jak zaczęłaś, to masz skończyć". Panna Nikt niestety jest dość konsekwentną osobą i po bodajże miesiącu odpoczynku od tej książki, postanowiła do niej wrócić.

 

Czytając – usiłowałam rozumieć. Zachowanie autora, swoje, ludzi, Boga, biednych i bogatych, zdrowych i chorych. Usiłowałam znaleźć w tym jakiś ład, chociaż wiedziałam, że ładu nie ma i nigdy nie będzie. Nigdy. Dość smutny wniosek. Ale jakiś jednak jest.

 

Czytając – starałam się pokochać Boga na nowo, tak jak kiedyś, żarliwie, niezależnie od przeszkód, po swojemu. Jest jeden problem. Moje "po swojemu" jest za bardzo po swojemu. Za bardzo odstaje od katechizmu kościoła katolickiego. I nawet jeśli noszę w sobie wiarę, to nie w wiarę Boga, którego głoszą z ambony w kościele. Ale w boga. Boga, który słucha, ale nie pomaga, bo to moje życie. Boga, który widzi ból, ale jedyną postacią zwrócenia się do mnie są kolejni ludzie, których spotykam, a których on w jakiś sposób do mnie popycha. Boga, który nie odrzuca z obrzydzeniem, bo jestem homoseksualna, bo chcę być homoseksualna, chcę być kochana i nie ranić. Boga, który dostrzega Pannę Nikt taką, jaka jest, a nie taką, jaką chce Kościół. Boga, który jest tylko bogiem. A nie instytucją. 

 

Czytając – pragnęłam odnaleźć jakieś wnioski i nauki dla siebie. Pragnęłam tego, jak niczego do tej pory. To od zawsze był mój priorytet. Jednak pojawił się problem. Książka pisana przez wierzącego (niebywale inteligentnego, swoją drogą), niegdyś cierpiącego, ale obecnie naprawdę po ludzku szczęśliwego człowieka, okazała się nie dla Panny Nikt, postaci nieszczególnie wierzącej i zdecydowanie nieszczęśliwej. Ups.

 

Czytając – myślałam, że kiedyś się otworzę, że nastąpi moment, w którym odetchnę z ulgą i stwierdzę w duchu "To jest to!". Mówiąc/myśląc "to", widziałam jakieś zrozumienie. Świata. Niesprawiedliwości. Cierpienia. Wojen. Śmierci. Chorób.

 

Czytając – miałam w planach rewelacyjną recenzję, która porwie za sobą chociaż jedną osobę, która się otworzy na to, co Nick zamieścił w swojej książce. Nie chodzi mi o miliony. Jedna. Jedna osoba. A i tu jedna wielka klapa. Ani nie porwę, ani nie napiszę rewelacyjnej recenzji. Ups po raz kolejny.

 

Czytając – marzyłam o świecie, w którym szczęście było by czymś, co towarzyszy nam w życiu codziennym. A jeśli nie towarzyszy, to że byłoby to coś, co zdobyć można w jakiś sposób. O świecie, który pozbawiony jest cierpienia. Samobójstw. Zgadnijcie co widziałam za każdym razem, gdy podnosiłam oczy znad kartki? Bezdomnego. Bez butów. W listopadzie. Człowieka, który prosił o herbatę. O ciepłą herbatę. O chwilę zatrzymania się i powiedzenia, że kiedyś będzie lepiej. O kolejne kłamstwo, w które nawet on nie wierzył, a chciał wierzyć. I wiecie, w tej chwili otwarcie mogę powiedzieć, dlaczego nie pojechałam na spotkanie Nicka w Polsce, choć uważam, że wiele by mi dało, bo do najcudowniejszego sortu Polaków nie należę, ani ludzi w ogóle. Zabójcze ceny. Och. Życie jest okrutne, nieprawdaż?

 

W tej chwili nie napiszę czegoś w rodzaju zachęty do czytania tej książki. Nie. Napiszę coś innego. Otwórzcie oczy. Serca. Umysły. Spójrzcie prawdzie w oczy – żadna książka nie nauczy was jak być szczęśliwym, żaden poradnik życia czy inne twory. A jeśli wtedy stwierdzicie, że dla poszerzenia własnego widzenia, czucia, odczuwania, pochłaniania prawdy czy czego tam jeszcze, warto to przeczytać – wtedy i tylko wtedy po nią sięgnijcie. Niezwyciężony! w innych wypadkach jest całkowicie bezużyteczny. Przykro mi. Pannie Nikt.

 

PS. Do ludzi, którzy mnie znają: Panna Nikt chciałaby przeprosić za lata kłamstw na temat swojego życia, które tkała ze starannością od zawsze. Jednocześnie ma nadzieję, że kiedyś ktoś jej to wybaczy, że złość bliskich jej osób mienie, a ona nie zostanie definitywnie skreślona. Jeśli to czytasz Wiedźmo - wybacz. Czas powiedzieć stop pewnym rzeczom, czas dorosnąć. A Panna Nikt nie chce już być Kłamczuszką.

Poszukiwanie Bieguna Północnego

Mężczyzna ze Stumilowego Lasu - Douglas Lain

 

Jakiś czas temu po raz kolejny czytałam Kubusia Puchatka. Czuję ogromny sentyment do tej opowieści, w pewien sposób daje mi ona chwilę wytchnienia od otaczającego mnie pędu życia w nieco inny sposób, niż wszystkie powieści dla dorosłych. Jednak wspominam w tym miejscu o tamtych historiach, gdyż zawsze zastanawiałam się nad Krzysiem. Kim był, jak naprawdę wyglądał, jak się zachowywał, jaką miał relację z ojcem... Pytań dotyczących Krzysia, a następnie Krzysztofa (a może powinnam napisać Chirsophera?) nie sposób w tej chwili zliczyć. 

 

Na tę książkę, tj. na Mężczyznę ze Stumilowego Lasu, natknęłam się całkiem przypadkowo, przeglądając kolejne strony bookerów polskich i amerykańskich, i wszystkich innych też. Na jednej ze stron mignęła mi okładka i jakoś tak do niej wróciłam. Pobieżnie przeleciałam wzrokiem po tekście, zastanawiając się, czy interesuje mnie powieść o Chistopherze Robinie Milne. Przekonało mnie jedno zdanie, które recenzent zacytował z okładki:

 

Zamykasz oczy i świat znika... A może jesteś tylko bohaterem czyjejś bajki?

 

Od czasu do czasu napływa na mnie jakieś dziwne poczucie nierealności, jak gdybym żyła w świecie, który nie ma prawa istnieć, ja nie mam prawa istnieć, a moje uczucia, myśli, świadomość tego, że być może to wszystko co mnie otacza, to... czyjś wymysł. Prawda jest taka, że gdyby nie to jedno zdanie, gdyby nie jedno pytanie, w życiu bym nie sięgnęła po tę pozycję. Z prostego powodu; nie lubię czytać opowieści o kimś w sumie dość popularnym, ale które to nie mają absolutnie żadnego potwierdzenia w rzeczywistości. Nigdy nie interesowałam się jakoś szczególnie Krzysiem, nie zaczęłam Christopherem, więc nie wiem, czy faktycznie przyłączył się do rewolty, nie wiem czy miał niepełnosprawne dziecko, ale też nie czuję potwierdzenia ze strony tejże powieści. Lubię czytać biografie - potwierdzone listami, dziennikami, słowami, zdjęciami, wspomnieniami... Tu brak mi czegokolwiek, czemu mogłabym uwierzyć.

 

Czasem po to, by być realistą trzeba zaakceptować coś, co wydaje się niemożliwe. [s. 42]

 

Zdawać by się mogło, że powyższy akapit mojej recenzji tej książki mógłby kogoś zniechęcić do przeczytania jej. Prawda jest jednak nieco inna. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lubi to, co i ja lubię. Widzę to na przykładzie jednej osoby, która jest bardzo do mnie podobna, myślimy w jeden sposób, chodzimy w jeden sposób, w taki sam sposób ukrywamy swoje uczucia i myśli, ale i w ten sam sposób eksponujemy je tak mocno, jak tylko się da, co jest widoczne tylko dla tej drugiej. A pomimo wielu, naprawdę wielu podobieństw, posiadamy różnice, które zdawać by się mogło, nie pozwalają na przyjaźń tak różnych charakterów. Mając właśnie coś takiego na względzie, postanowiłam zrobić listę osób, które mogłyby znaleźć w tej powieści coś dla siebie. Oto ona:

- ktoś, kto lubi opowieści filozoficzne,

- ktoś, kogo nie zraża częściowy lub całościowy brak przyczynowo-skutkowego prowadzenia narracji,

- ktoś, kto zastanawia się co dzieje się z umysłem człowieka, gdy zaczynają się problemy psychiczne,

- ktoś, kto lubi beletrystykę o kimś, kto jest kojarzony przez pryzmat innego pisarza,

- ktoś, kto poszukuje swojego stylu książek, które mają mu towarzyszyć do końca.

Wydaje mi się, że jest sporo osób, które odnalazłyby w tej powieści coś dla siebie.

 

Czy ten starszy pan z siwymi, sterczącymi na wszystkie strony włosami, w długiej koszuli ze słonecznikami, mamrocze obrzydliwe przekleństwa dlatego, że się boi, czy też jest to objaw jego choroby? [s. 61]

 

Pod wieloma względami mogę nazwać lekturę tej książki jako przyjemnie spędzony czas. Nie powiem, że nie czuję rozczarowania, gdyż początkowo sądziłam, że ta powieść będzie moją kolejną "nałogową", że będę do niej wracać nawet po latach. Tak sądziłam przez pierwsze strony, które urzekły mnie swoimi opisami, swoimi bohaterami i sytuacjami. Jednak wracając do głównej myśli, książka ta nie skłoniła mnie do przemyśleń nad sensem życia dużo mniej, niż np. Pan Cogito, który to tomik czytam po raz kolejny, na wyrywki, nie zastanawiając się, czy nie czytam danego wiersza setny raz. Bardzo przykro jest mi to mówić, ale nie czuję się zachwycona całościową, lecz tylko fragmentaryczną lekturą tej powieści. Być może przez to, że cała rewolta studentów była dla mnie niezrozumiała, nielogiczna, głupia i infantylna. Prawdę powiedziawszy, nie przejęło mnie to, że zginął jakiś tam bohater. Jeśli była to postać, która irytowała mnie od pierwszej wzmianki o niej, miałam ochotę bić brawo za to, że autor postanowił mnie od niej uwolnić. 

 

Mieliśmy żyć zgodnie z cudzymi pomysłami - czytał student. - Żyć wymyślonym życiem po to, by zachować wizerunek. Ale to dążenie do piękna, do utrzymania owej nieprawdziwej egzystencji niszczy wszystko, co w nas autentyczne. [s. 224]

 

W tym momencie, chciałabym przeprosić wszystkich, którzy czują do mnie jakieś negatywne uczucia, gdyż obrzucam mięsem i własną złością powieść napisaną... dobrze i starannie. Wydawać by się mogło, że jest to sprzeczne z tym, co jest napisane wyżej, ale nawet jeśli tak jest, nie zwracam na to uwagi. Prosta sprawa, nie podoba mi się fabuła (częściowo), ale podoba mi się styl tekstu (całościowo). Pomijając w tym opisie fragmenty, których nie do końca rozumiem (np. wyprowadzenie niedźwiedzia z zoo...), skupiam się na tych, które ujęły moje słabe serduszko, takich na przykład jak zamieszczony powyżej. Jest jedną z moich perełek, które lubię czytać od czasu do czasu, która utwierdza mnie w przekonaniu, że póki sama układam swoje życie, póki nie podporządkowuję się bezmyślnie innym, póty będę prawdziwa, będę sobą i nikt nie powinien zarzucić mi mistyfikacji własnej osobowości. 

 

[...] ilekroć ktoś zaplanuje sobie nic, zawsze kończy się to czymś, ale że coś może być odrobinkę przyjemniejsze, odrobinkę bardziej podobne do nic, niż te wszystkie pozostałe nic, z którymi spotykał się dotąd. [s. 282]

 

Na zakończenie chciałabym dodać tylko jedno. Uważajcie na pojawiające się lub znikające przedmioty. I niedźwiedzie chodzące po Paryżu na smyczy. 

Coś przeciwko takiemu pożegnaniu

Homobiografie - Krzysztof Tomasik

Pamiętam - jakby to było dziś lub wczoraj, - jak zerkałam na tę książkę, która stała pomiędzy innymi, jawnie kpiąc ze mnie, z mojego niezdecydowania, z mojej - jednoczesnej - chęci oraz obawy jej posiadania. Uczucia były zdecydowanie dziecinne. Chciałam zjeść lizaka i mieć lizaka. Trwało to... ponad rok. Przy każdej wizycie w księgarni musiałam zajść do owej półki, zajrzeć w jej głąb, odszukać znajomy, kpiący, bolący tytuł i upewnić się, że nadal tam czeka, nadal tam stoi. Że nadal kpi.

 

Być może było to podyktowane przez moją nie do końca dojrzałą psychikę (ale czy można stwierdzić, iż w jakimś etapie życia każdy z nas dojrzewa w pełni, w absolucie?). A może po prostu się bałam? Tylko, pytanie - czego? Że kpić będzie mogła osoba żyjąca, umiejąca ranić? Trudno teraz szukać odpowiedzi na takie pytania. Niech to zatem pozostanie w gronie nigdy nierozstrzygniętych zagadek życia.

 

Ostatecznie postanowiłam kupić tę książkę. Pełna optymizmu, chęci - do tej pory nie wiem czego, wiary w naukę, w artystów, wyszarpnęłam ją chciwie spomiędzy innych tytułów. Pewnym krokiem udałam się do kasy, idąc szybko, by się nie rozmyślić. To co mnie zaskoczyło, to pełne zgorszenia spojrzenie kasjera. Skądinąd młodego, który pewnie nie jest idealnie niewinny. Jakby to było coś złego. Jakbym chciała - co najmniej - paradować nago przed dziećmi, jakbym chciała zademonstrować siebie, innych, cokolwiek, co nie jest przyjmowane z lekceważącym ruchem dłoni. Ale czas wrócić do tematu samej książki, a nie ludzi, którzy zawodzą za często i za bardzo.

 

Zaczynając od tego, jak wygląda, to jestem do niej naprawdę przekonana. Okładka (jak zwykle miękka) zachowana w bieli i czerni oraz odcieni wynikających z połączenia tychże, wydaje się mi odpowiednia. Brak tutaj tęczy, brak radosnego trzymania się za dłonie, brak jakiegokolwiek odpowiednika szczęścia. Jedyne, co emanuje, to niepewność oraz... chęć ukrycia się? Prawdopodobnie. Wielkim plusem (zwłaszcza dla moich oczu) jest to, iż książka ta ma naprawdę grube kartki i nie prześwituje tak mocno druk z drugiej stronicy. Jest to niesamowicie ułatwiające czytanie, wygodne i niemęczące. 

 

Cały tekst podzielony jest na dwadzieścia rozdziałów, które można czytać osobno, wyrywkowo czy wybiórczo, jeśli interesuje nas konkretna osoba. Każdy rozdział traktuje o jednej konkretnej osobie. Oczywiście w dużej mierze znajdują się tam inne postaci - najczęściej spotykanym był chyba Iwaszkiewicz lub Szymanowski. Nie da się ukryć, iż całą opowieść ogranicza pewna ilość osób, które miały ze sobą wiele wspólnego, które znały się długi czas, pisywały do siebie listy, odwiedzały się itd. Jest to dość zamknięta grupa, do której dostęp był, ale jednak mocno ograniczony. Artystyczny świat trzymał się razem. Być może wynikało to z poczucia bezpieczeństwa, a może z poczucia tożsamości z bliskimi obcymi, którzy rozumieli bez słów, z którymi można było dyskutować przy papierosie i kłócić się przy popielniczce. 

 

Jak już wyżej wspomniałam, każdy rozdział jest w pełni poświęcony jednej postaci, na której postanowił się skupić autor. Jest to forma biograficzna, gdyż Tomasik stara się przedstawić wszelkie rozbieżności dat urodzenia, zbiera fakty potwierdzone przez wielu ludzi i wyłuszcza oraz odkrywa to, co konserwatyści usiłowali zatuszować tyle lat. Jest w tym dokładny, ale nie brutalny. Stara się działać z delikatnością, która zaskakuje i na dobrą sprawę także cieszy. Dzięki temu mamy przed oczyma produkt dobrej jakości, napisany przystępnym językiem, ciekawy, ale nie na tyle długi, by nużył. Jest to raczej zapowiedź tego, co można odkryć, kiedy zacznie się badać życie tej czy innej osoby. Ja nazywam to quasibiografiami, które mają właśnie zachęcić do poszukiwań, do odnajdywania prawdy pod toną kłamstw i retuszu zastosowanych przez wielu biografów.

 

Obawiam się, iż skupienie się na poszczególnych wątkach mija się z celem - nie zamierzam streszczać całej książki i psuć jej czytanie innym ludziom, którzy być może powzięli taki zamiar. Mogę za to opowiedzieć o tym jakie były moje odczucia po zakończeniu lektury.

 

Prawdę powiedziawszy jestem osobą raczej wyobcowaną ze społeczeństwa, zawsze wolałam czas spędzać przy książce, a w związku z tym, uwielbiałam (nadal uwielbiam) czytać i poznawać biografie kolejnych artystów, którzy w jakimś momencie mojego życia przemknęli mi przez umysł. Przez lata tych biografii, biogramów, wspomnień, listów itd. przeczytałam zdecydowanie wiele, a jednak - co pokazała ta książka - okazuje się, że nadal nie wiem wszystkiego o, chociażby Iwaszkiewiczu, którego naprawdę lubię i cenię. Nie chciałabym wyjść w tej chwili na pazerną czy przechwalającą się. Chodzi mi raczej o to, iż nawet osoby interesujące się danymi postaciami kulturalnego światka mogą odnaleźć w niej coś nowego, jakąś perełkę godną zapamiętania i przekazania innym.

 

Jednakże, jeśli ktoś oczekuje po tej książce zapisu każdej godziny z życia aż dwudziestu osób, zawiedzie się nieskończenie. A ja zawiodę się głupotą tychże. Książka ta ma objętość około 440 stron. Poświęcona jest 20 artystom, co daje 22 strony na każdego z nich. Dla porównania, wydana w tamtym roku biografia Stachury Buty Ikara, wydrukowana w większym formacie (stawiam na B5) ma tych stron 660. Dlatego kupno Homobiografii i oczekiwanie, że znajdzie się w niej szczegółowe biografie jest jak dla mnie irracjonalne, żeby nie powiedzieć - idiotyczne. To logiczne, iż autor, choćby nie chciał, musi się ograniczyć do najważniejszych, najistotniejszych i kluczowych faktów z życia artystów, więc komentarze mówiące o tym, iż ominięte zostały pewne detale, które nie wpływają na dalsze badania biograficzne pod kątem homoseksualności artystów, a które mają kluczowe znaczenie dla samego komentatora, są moim zdaniem dość... banalne. A tym bardziej nie rozumiem linczu, który pojawia się pod tą książką i tego typu komentarzami, których autorzy uważają za największą wadę całej książki właśnie to skrótowe opisywanie. Krew wrze, gdy o tym myślę.

 

Ostatecznie chciałabym naprawdę, ze szczerego serca zachęcić do przeczytania tej książki. Jest ona doprawdy idealna na długie zimowe wieczory z kubkiem herbaty/kawy/czekolady/czy-innych-napojów w dłoniach. Moim zdaniem jest też dobra na prezent, ale dla odpowiedniej grupy ludzi. Jeśli ktoś jeszcze nie popełnił zakupów podchoinkowych, a ma w gronie bliskich osobę interesującą się życiem artystów z międzywojnia, osobę, która jest ciekawa elementów kultury, które wyłaniają się na tej książce, a wreszcie osobę, która nie jest zapatrzona w koniec swojego nosa i chce/umie przyjąć do siebie prawdę o życiu..., jest to odpowiedni prezent. Ucieszy, a jednocześnie nauczy tego, co pomijane jest od zawsze w szkołach, tuszowane przez twórców podręczników, którzy samobójstwo artysty uważają za ogromny problem. 

Chorobo - przybywaj!
Chorobo - przybywaj!

Jakiś czas temu trochę zwariowałam i w ferworze zakupów mnie poniosło totalnie. Ale już tłumaczę skąd wynika moja bolączka. Od roku wszelkie zakupy robię za pośrednictwem pewnej księgarni, która uczynnie spełnia moje zachcianki. To, co urzeka mnie w niej najbardziej, to promocyjne ceny (serio, Buty Ikara kupiłam niemal za pół ceny katalogowej...). Jednak nie wszystko kupiłam właśnie tam. Część z widocznych na zdjęciu książek nabyłam ot tak, dla zachcianki - dosłownie, by kupić kolejną książkę. Wszystko byłoby dobrze, gdyby mój znajomy nie zwrócił mi uwagi na jedną jakże ważną sprawę. Ja nie mam kiedy ich czytać. Będąc na tak zaszczytnym kierunku, na jakim jestem, nie mam czasu na moje prywatne imprezy w łóżku. 

 

Dwie z widocznych na zdjęciu książek już przeczytałam. Widoczny fragment gazety, to najnowszy numer Książek, otwarty akurat na nowym opowiadaniu Olgi Tokarczuk, które zamierzam za moment ukąsić. Z czytanych przeze mnie i widocznych na zdjęciu, są jeszcze dwa tomy poezji, których się uczepiłam jak rzep psiego ogona. Mam tu na myśli oczywiście Pana Cogito Zbigniewa Herberta Wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Dodatkowo jestem w trakcie kończenia Niezwyciężonego, którego nie widać na zdjęciu, gdyż schował się w torebce i nie chce pokazać innym. Wynika to z tego, iż czytam tę książkę... kolejny miesiąc i idzie mi to jak krew z nosa.

 

Jednak to wszystko to jeszcze nie pełen powód, dla którego płaczę nad swym zabieganym życiem. W domu rodzinnym zostawiłam cały stos książek, które kupiłam X czasu temu, a które czekają na to, aż spojrzę na nie łaskawszym wzrokiem. Jednak przez to, że jestem zmuszona do jazdy pomiędzy dwoma miastami, nie mam jak przywieść ich do siebie, gdyż zwiezienie do nowego mieszkania całej biblioteczki wymagałoby wyrzucenia wszystkich ubrań, a jednak lubię czymś się zakryć, zwłaszcza w tak paskudną pogodę jak dzisiaj. W domu czeka na mnie m. in. WyznajęCmętarz ZwierzątZiemia NodBiblia i kilka innych, w tym trzytomowa Sława i chwała Jarosława Iwaszkiewicza przytargana z bibliotecznej półki giveaway. A to łącznie daje kilka tysięcy stron. A ja naprawdę ograniczyłam swój sen do absolutnego minimum!

 

Z tego powodu rodzi się pytanie.

 

Czy ktokolwiek ma pomysł na wyodrębnienie choć odrobiny więcej czasu na czytanie?

 

PS. W tle od jakiegoś czasu słychać głos Aliny Orlovej. Coś cudownego, uwierzcie.

O, poczekajcie, a zobaczycie

Charlie i fabryka czekolady - Roald Dahl

Gdzieś w zamierzchłych czasach moja młodsza siostra oglądała pewien film. Nietrudno domyślić się, iż był to Charlie i Fabryka Czekolady, nowa produkcja rzecz jasna. Pamiętam, iż przysiadłam się do niej i nie mogłam oderwać wzroku od jednej postaci, mojej ulubionej, oczywiście. Od tamtej pory Willy prześladował mnie na różnego rodzaju stronach. Działo się to tak długo, aż pewnego pięknego dnia zdecydowałam. Muszę ją przeczytać! I stało się. Książka została zamówiona, przeczytana od deski do deski, a następnie leżała na półce i oczekiwała, aż ją zabiorę do nowego domu. Nie powiem, trochę czasu minęło.

 

Wydanie, które posiadam jest jednym z najnowszych (2015 rok) i jestem w nim całkowicie zauroczona. Okładka jest czerwona, ozdobiona rysunkiem, który (jak zakładam) przedstawia fabrykę Pana Wonki. Nie przejmuję się, że jest to prawdopodobnie wydanie dostosowane do młodszych czytelników, tekst sam w sobie bardzo mi się podoba.

 

Na licznych stronach można znaleźć rysunki, które wykonał Quentin Blake. Podejrzewam, że miały one pomóc młodszym czytelnikom wyobrazić sobie opisywane w książce opowieści i faktycznie tak działają. 

 

Nie zaliczam tej książki do listy lektur obowiązkowych każdego człowieka. Wychodzę z założenia, iż każdy z osobna powinien decydować co i kiedy chce czytać. To pewnie jest powód, dla którego miałam problem z czytaniem lektur. Niemniej jednak jest to naprawdę udana historia. Pojawiają się w niej postaci, które warte są poznania. Nie dlatego, iż każda jest dobra. Wręcz przeciwnie! Ukazane przez autora osoby różnią się od siebie pod wieloma względami. Chyba w tym upatruję cały czar. Ale od początku.

 

Wydaje mi się, że każdy wie o czym jest ta książka. Jednak nie każdy zwraca uwagę na to, iż przedstawione w niej arche postaw człowieka, które może on przybrać w każdym wieku, są naprawdę istotne. Autor odwołuje się do podstawowych wartości, jakimi powinien się charakteryzować ktoś dobry. W tym wypadku mamy bohaterów kochających miłością, która nie zna przeszkód, a w opozycji do nich, rozpieszczonych i pyskatych.

 

- Ziarno rozsądku? - zawołała Violet Beauregarde.

- Przydałoby ci się - odparł pan Wonka. - Ale jest już za późno. [s. 118]

 

Moim zdaniem, pan Wonka jest w tym wypadku osobą najbardziej krytyczną ze wszystkich, jakie udało się poznać na kartach tej książki. Komentuje on zachowanie poszczególnych osób, nie przebierając zbytnio w słowach (mając jednak granice - nie zapominajmy, że jest to historia skierowana głównie do młodszych ludzi). Jednocześnie jest nieco nieobecny, rozedrgany, nie wie co jest odpowiednie, a co nie. W tym tkwi jego kwintesencja - samotnik, który tak bardzo zatracił się w owej samotności, iż (zdawałoby się) nie potrafi zrozumieć czegoś takiego, jak podstawowych uczuć. Można go określić jednym słowem: dziwak. Ale dziwak, który usiłuje znaleźć swoje miejsce na świecie. Nie potrafiąc się na nim odnaleźć, gubi się ustawicznie. Niesamowitym jest jednak to, iż pomimo życia, jakie wiódł, dostrzega wielką wartość, jaką jest rodzina. 

 

- Ratujcie ją! - zawołała pani Salt. - Veruca! Wracaj! Co one jej robią?

- Sprawdzają, czy przypadkiem nie jest zepsuta - wyjaśnił pan Wonka. - Proszę tylko popatrzeć.

Veruca wiła się jak oszalała, ale wiewiórki trzymały ją mocno, tak że nie mogła się ruszyć. A wiewiórka na jej ramieniu systematycznie opukiwała jej głowę - puk, puk, puk. 

Aż w pewnym momencie chwyciły Verukę i zaczęły ją ciągnąć.

- Mój Boże, więc ona jednak jest zepsuta... - stwierdził pan Wonka. - Jej głowa musi być całkiem pusta... [s. 153]

 

Ilość alegorii, które zostały wykorzystane przez autora sprawiają, iż opowieść sama w sobie jest naprawdę uniwersalna. Wymyślone postaci zostały kreowane na podstawie faktycznych postaw ludzkich, a co za tym idzie, posiadają wady i zalety, które obecne są w wielu z nas. Po prawdzie, Roald Dahl skupia się na jednym elemencie charakteru każdej osoby, dostrzegając jej dobrą albo złą stronę. Jednak nie ukrywa, że za taką czy inną postawę dzieci odpowiedzialni są ich rodzice, którzy rodzicami często są tylko z nazwy, nie potrafiąc wychować własnego potomstwa. Wonka - postać jednak dobra - (być może) czuje przerażenie, widząc tak wielkie zepsucie. Przestroga dla rodziców? Czy może zachęta dla dzieci, by nie powielały negatywnych (zresztą skrajnie uwypuklonych) postaw? Ostatecznie dobro zostaje nagrodzone, więc mamy prawo tak sądzić. 

 

PS. NIESPODZIANKA faktycznie mnie zaskoczyła, pozytywnie. Wydaje mi się, że jeszcze nie raz wrócę do tej historii, do wartości, jakie zawiera, do szczęścia, jakie ostatecznie prezentuje.

We właściwym czasie

Całodobowa księgarnia pana Penumbry - Robin Sloan

Wiecie jak to jest, spoglądać na półkę i dostrzegać błagalny wzrok książki, która chce iść dalej, ale jednak nie może, gdyż jest przywiązana do właściciela przez jakąś tam sobie daną obietnicę? Mam wrażenie, że właśnie w ten sposób czuła się właśnie ta. Przeczytałam ją bardzo dawno temu, ale w związku z ciągłymi przejazdami z jednego do drugiego mieszkania, nie bardzo miałam kiedy z nią usiąść i zakończyć zabawę, którą prowadziłam już od jakiegoś czasu. Jednak nastąpił ten moment i przywiozłam ją ze sobą do drugiego domu, w którym od jakiegoś czasu cierpię na brak wszystkich swoich książek tuż obok siebie (ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie ma sensu przewożenie wszystkiego z mieszkania do mieszkania na kilka miesięcy).

 

Z Całodobową księgarnią pana Penumbry spotkałam się przez przypadek. Jeden z tych, kiedy to wchodząc do księgarni z myślą "dzisiaj nic nie kupię, dzisiaj nic nie kupię...", kończy się jak zawsze, stojąc przy kasie z nową książką, już nie mogąc się doczekać jej przeczytania. Wypatrzyłam ją na półce, wysunęłam spomiędzy innych, okazalszych tomów. Pierwsze co mnie zaintrygowało to tytuł. Zapowiadał, iż będzie to opowieść o książkach! Coś dla mnie.

 

Następnie dostrzegłam cudowną okładkę. Niesamowicie mi się ona podoba, te półki z antycznymi książkami, drabinka, tajemnica. Coś co lubię! Nie obyło się rzecz jasna bez przeczytania opisu książki i zastanowienia się "czy na pewno chcesz ją kupić?". Łatwo się domyślić, co odpowiedziała mi moja dusza oraz umysł. 

 

Jest to zdecydowanie książka, którą czyta się lekko i bardzo szybko. Mnie wciągnęła od razu, ale bez większej przesady czy rewelacji. W pewien sposób byłam w stanie przewidzieć zakończenie tej opowieści, skądinąd bardzo ciekawej. 

 

Na pierwszych stronach poznajemy bohatera, który przedstawia się jako Clay Jannon. Jest to człowiek poszukujący pracy, typ współczesnego wrażliwego kulturowo intelektualisty. Każdy zna taką osobę. Wiecznie powraca do ulubionej książki, którą zna na pamięć, może poszczycić się pewnymi zdolnościami, które są pożądane przez wielu, ale co najważniejsze, od czasu do czasu niechcący wpada w tarapaty. 

 

Jednak wracając do samej książki - na nasze szczęście (?) odwiedza on pewną nietypową księgarnię. Pewnie jest jakieś przysłowie określające wydarzenia, które miały następnie miejsce, jednak ja nie jestem alfą i omegą, i ograniczę się do stwierdzenia, iż nasz główny bohater zostaje wciągnięty do świata starych ksiąg, szyfrów i dziwnych szat.

 

Tym razem moja ulubiona postać (uwaga!) nie umarła na kartach opowieści, gdyż jej tam nie ma. Mogłabym powiedzieć, że bardzo ciekawie autor oddał postać samego twórcy czcionki Gerritszoon, jednak sama nigdy się nim nie interesowałam. Z tego też powodu nie mogę powiedzieć, że jest to moja postać. Całkiem sympatycznie rysuje się wizerunek pana Penumbry, taki poczciwy z niego staruszek, chciałabym mieć takiego dziadka. Jednak nie jest on w żaden sposób odkrywczy, ot, kolejny dziadek z pasją.

 

Cała akcja książki krąży wokół tajemnego szyfru, jeszcze bardziej tajemnego stowarzyszenia, czegoś o nazwie Codex Vitae, otwartej całą dobę księgarni, w której nie bardzo jest co kupić oraz kilkorga osobników, mniej lub bardziej zafiksowanych na punkcie starych zaszyfrowanych ksiąg. Być może jeszcze nie uwidoczniłam tego za bardzo, ale chodzi o szyfr. A każdy wie, że przy złamaniu albo chociaż próbie tego, są zwolennicy i przeciwnicy. I tym razem nie mogło być inaczej.

 

Ludzie chcą, żeby rzeczy były prawdziwe. Jeśli tylko dasz im pretekst, uwierzą ci. (s. 78)

Z mojej strony (bardzo staromodnej, ale chyba czas to zmienić) jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałabym poruszyć, tak za autorem. Mam na myśli końcowy fragment o elektronicznych książkach i tego typu gadżetach. Samo to, jak nazywam tego rodzaju przedmioty mówi, jaki mam do tego stosunek. Nie potrafię przekonać się do chociażby Kindla (którego naprawdę wiele osób mi poleca i zaleca, ale żadna nie chce sprezentować). Autor jednak zdecydowanie dostrzega wielkie plusy elektryfikacji książek (czy to się tak nazywa?), z czym ja zgodzić się (konserwa!) nie potrafię. Nie jest to kwestia tego, iż podane w książce argumenty do mnie nie przemawiają. Ja ich po prostu nie dostrzegłam. A szkoda. Być może czegoś bym się nauczyła.

 

W wielkim skrócie, jest to książka idealna na jesienne wieczory pod kocykiem, z kubkiem gorącego napoju (polecam kawę z cynamonem/herbatę z imbirem/gorzkie kakao [lub czekoladę] z jednym i drugim oraz bitą śmietaną na wierzchu!). Można ją określić jako nieco uboższą wersję przygód Roberta Langdona (wpadło mi to do głowy bez związku), wymagającą dużo mniej prywatnej wiedzy o sztuce. Co tu dużo ukrywać - autor Całodobowej księgarni nie karmi nas tak obficie ciekawostkami historycznymi co Dan Brown. Jednak uważam, że sama powieść jest raczej dobrym pomysłem na prezent dla młodego czytacza. Objętościowo raczej nie przerazi, a lekkość z jaką została napisana - pochłonie niejednego nastolatka, który dopiero zaczyna odkrywać piękno literatury.

"Poza tym żyję już trochę na świecie i zauważyłam, że jak kto ma w sobie dar, by błyszczeć, to będzie błyszczeć nawet przez sześć warstw brudu, a ci, co błysku nie mają, błyszczeć nie będą, choćby ich nie wiem jak polerować."

Terry Pratchett - Złodziej czasu, s. 251

Moment całkowitej perfekcji

Złodziej czasu (Świat Dysku, #26) - Terry Pratchett, Piotr W. Cholewa

Proza Pratchett'a przewija się u mnie od dawna. Jeśli napiszę, że od zawsze, to nie skłamię. Jego książka była pierwszą książką niebędącą kilkudziesięciostronicową opowiastką o przygodach misia. Póki co jeszcze nie przeczytałam wszystkich jego książek, ale dobrze mi idzie. Jeszcze jakieś... trzydzieści tomów! 

 

[...] istnieje coś takiego jak najmniejsza możliwa jednostka czasu. Ale ona musi istnieć, nieprawdaż? Rozważmy teraźniejszość. Musi mieć pewną długość, ponieważ jeden jej koniec łączy się z przeszłością, a drugi z przyszłością. Gdyby nie miała długości, to nie mogłaby istnieć. Nie miałaby czasu, żeby w nim zaistnieć. (s. 23)

 

Jak każda, także i ta powieść ze Świata Dysku wyróżnia się wśród całkiem pokaźnego tłumu książek z gatunku fantasy. W moim mniemaniu jest pod wieloma względami świeża. Nie mogę powiedzieć, że porusza kwestie wcześniej nietykane przez innych pisarzy, ale w tym wypadku sposób jest o tyle ciekawszy, iż całkowicie nowy, całkowicie pozbawiony tego sensu, jaki towarzyszył innym rozwiązaniom jednego problemu. Być może gloryfikuję ulubionego pisarza, nie dostrzegając jego wad (przed czym się bronię, bo są teksty, które popełnił, a które absolutnie mi się nie spodobały / których nie do końca zrozumiałam), jednak żaden inny nie zainteresował mnie na tyle, by przez lata wytrwale kupować i czytać kolejne książki. Zróbmy małą dygresję: ilu autorów, którzy wydali więcej niż cztery książki mam na swoich półkach? Można ich policzyć na palcach u dłoni: Sir Terry, Dorota Terakowska, Stephen King, Carlos Ruiz Zafon (myślenie bez podpierania się biblioteczką!). Ilu z nich chcę mieć / mam w komplecie? Chcę trzech z nich. Kinga w większości nie trawię (całkowity abiekt do części powieści jest u mnie niewytłumaczalny). Najciekawsze jest to, że autorów wielotomowych jest bardzo dużo. Jednak ja trzymam się swojej garstki i jest mi z tym dobrze.

 

- Pytania nie muszą mieć sensu, Vincencie - odparła panna Susan. - Ale odpowiedzi tak. (s. 28)

 

Tym razem Sir Terry przedstawił problem czasu. Czasu szeroko pojętego, rzecz jasna, gdyż moim zdaniem specjalizuje się w szerokim podejściu do problemu. Pozwala nam poznać Chłopca. Chłopiec - Lobsang Ludd - jest małym złodziejaszkiem, który wychowuje się w klasztorze (o ile tak to można nazwać) Mnichów Czasu alias Historii. Jednocześnie łaskawie z odmętów prozy wyłania się Igor, Jeremy, Susan, Lu-tze, Śmierć i Czas. Wydawać by się mogło, że z takiej niepozornej liczby osób nie wyniknie nic ciekawego. A jednak, ciekawe jest to, że wynikło całkiem sporo. Na pierwszy ogień pójdzie Igor. Jeden z moich ulubionych bohaterów w całym Świecie Dysku, niezależnie od tego, o którym akurat Igorze mówimy. Każdy z nich jest tak samo inteligenty, ciekawy, niesamowity, a przede wszystkim zabawny, iż nie sposób ich nie lubić. Myślą w nieco inny sposób od człowieka, co czyni ich jeszcze dziwniejszymi. W tym wypadku Igor pomaga zegarmistrzowi (kto wie dlaczego to połączenie wydaje się niemożliwe - highfive!), który dostał od Audytorów Rzeczywistości zlecenie zbudowania zegara. Ale nie takiego zwykłego, rzecz jasna. Co to dla Jeremiego, który regularnie wylewa swoje leki do zlewu! Nietrudno się zorientować, że z tego nie wyjdzie nic dobrego. W to wszystko z jednej strony wkracza Susan Sto Helit (niesamowicie z tego niezadowolona) oraz Lu-tze z asystą Lobsanga (który nawet nie wie co się dzieje, ale działa sprawnie). 

 

Po jakimś czasie Lobsang zaczął rozumować tak: w rzeczywistości istnieje pięć żywiołów - tak ich uczono. Cztery tworzyły wszechświat, a piąty - Niespodzianka - pozwalał, by ten wszechświat wciąż się zdarzał. (s. 46)

 

Żeby tego było mało, na samym początku wplątana w to wszystko jest niewinna Niania Ogg, która nawet nie zdążyła stać się Nianią! Powiem szczerze, że ja sama byłam tym wszystkim oczarowana i omotana do tego stopnia, iż nie chciałam odłożyć książki, dopóki nie dowiem się o co chodzi z tym tik, które ciągle się pojawia. A także z Czasem pisanym wielką literą (dla kumatych: jest to kolejna antropomorficzna personifikacja). I dlaczego zamieszany jest w to wszystko jakiś tam chłopak, który potrafi kraść tak szybko, iż nikt tego nawet nie dostrzeże?! Ja to widzę mniej więcej tak: 

Na całe szczęście, to nie pierwszy raz, kiedy od samego początku absolutnie nie mam pojęcia, gdzie tak naprawdę jest początek. A gdzie koniec. O środku nie wspominając.

 

WEDŁUG MOICH OBSERWACJI, SUSAN, WE WŁASNYCH GŁOWACH AŻ ZBYT WIELU LUDZI SPĘDZA MNÓSTWO CZASU W SAMYM ŚRODKU WOJEN, KTÓRE WYDARZYŁY SIĘ PRZED WIEKAMI. (s. 80)

 

Wydaje mi się, iż nie zrobię większej / lepszej reklamy niż sam autor. Nie mam tu rzecz jasna na myśli faktu, iż umarł (co jest smutne, ale prawdziwe jeśli chodzi o idealną reklamę). Chodzi mi raczej o wszystkie inne utwory, które Sir Terry popełnił, a pisał nie tylko powieści. I nie tylko dla dorosłych (osobiście jestem właścicielem egzemplarza bajek dla dzieci autorstwa tego niesamowitego człowieka). Tak więc jedyne, co mogę w tej chwili powiedzieć, to prośba o chwilę zastanowienia w doborze następnej lektury. Pratchett wielu osobom wpasuje się w gusta, gdyż nie skupia się całkowicie na jednym zagadnieniu, tylko porusza kilka jednocześnie, cudownie krytykując smutną i szarą rzeczywistość w sposób bezpardonowy. Daje do zrozumienia jak wiele od nas samych zależy. I jak bardzo to nam powinno zależeć na zmianie rzeczywistości.

 

Zresztą ludzie majstrowali przy czasie, odkąd stali się ludźmi. Marnowali go, zabijali, oszczędzali, zajmowali. I wciąż to robią. Ludzkie głowy zostały stworzone do zabaw z czasem. (s. 142)

 

Tak nawiasem mówiąc, jako zapalony czytelnik coś wiem o zabawie z czasem. Czas to potężny zasób, ale trzeba umieć nim dysponować. Może nie poświęciłam całych stuleci na naukę tego, ale moje skromne lata młodzieńcze jednak czegoś mnie nauczyły. A ta książka tylko to podkreśliła.

Czuwać będzie nad każdym z was

Syn człowieczy - Yi Munyŏl

Siedzę w pokoju i od godziny usiłuję przypomnieć sobie powód, dla którego kupiłam tę książkę. Zwykle nie mam z tym problemu, wystarczy, iż spojrzę na okładkę, na opis, na cokolwiek. Ale tutaj... cisza jak makiem zasiał. W mojej głowie, rzecz jasna. To może głupie, ale jednak trochę mi z tego powodu przykro. To tak jakbym kupiła cokolwiek bez powodu, bez refleksji. Ot tak, jakbym kupowała sok. Papierosy i zapalniczkę. Bez myśli o tym co tak naprawdę robię.

 

Teraz możesz wierzyć, gdyż jesteś w rozpaczy. Teraz możesz żyć, gdyż umarłeś. [s. 27]

 

Na całe szczęście Syn Człowieczy nie jest zwykłym czytadłem, które niewiele pozostawia w głowie po lekturze. Nie nazwałabym tej książki arcydziełem, gdyż zdarzyło mi się czytać dużo lepsze powieści, ale nie należy ona do tej kategorii "zapychaczy". Cieszy mnie to, nawet pomimo faktu, iż książka nie kosztowała mnie dużo. Prawdę powiedziawszy, jest to kolejna powieść zakupiona w outlecie DeFacto. Miejsca, w którym bywałam częściej niż na plaży!

 

Jak takie nieszczęście może uderzać w ludzkość obojętną na dobro i na zło?

Bóg mówi, że bogaci, silni i ci, którzy mają władzę, nic nie są warci. Dlaczego więc są na tym świecie wszystkim? Według Słowa Bożego biedni i chorzy są wszystkim, dlaczego więc na tym świecie są niczym? Ten świat jest pełen przesądów. Czyż religia nie jest najbardziej przewrotną formą przesądu? [s. 54]

 

Książka jest kryminałem. A raczej jeden z dwóch poziomów tej książki, to kryminał. Drugi poziom nazwę roboczo teologicznym i gdzieś niżej poświęcę mu trochę uwagi.

 

Lud umiera nie dlatego, że bóg go opuścił, ale dlatego, że on sam opuścił swojego boga. Porażki w czasie wojny, obcy najeźdźcy to kwestia drugorzędna. [s. 140]

 

Poznajemy garstkę bohaterów, których imiona są tak nietypowe (orientalne!), iż ograniczę się do dwóch głównych. Pierwszym z nich jest sierżant Nam. Jest typem służbisty, który najlepiej sprawdza się w prostych sprawach, a zawiłe śledztwa i intrygi są jedną wielką przeszkodą w życiu, która to musiała stanąć akurat na jego drodze. Chyba każdy jest w stanie wyobrazić sobie człowieka, który narzeka na wszystko co go w pracy spotyka. Trochę tak jak panie w urzędach. Wściekłe, bo ludzie stoją grzecznie w kolejce i chcą złożyć dokumenty. Drugą postacią (o ile można tu mówić o postaci) jest Min Yosŏp. A w zasadzie to jego trup. Ciało. Zwłoki. Jak zwał tak zwał. I to on(e) stają(leżą!) na drodze sierżanta Nama, psując mu tym samym wizję przyszłych cudownie nijakich wieczorów.

 

Nie czcijcie mnie, nie budujcie dla mnie ołtarza, nie marnujcie cennych dóbr na ceremonie i ofiary w mojej intencji. Najpierw sami siebie zbawcie. Kochajcie bliźnich. Nie po to, by sprawić mi przyjemność, ale dlatego, że czyniąc to, sprawicie, że bliźni kochać będą was. Nie starajcie się posiadać więcej, niż wam trzeba. Nie dlatego, że to źle posiadać dużo, ale dlatego, że źle jest, gdy ktoś inny staje się biedny z waszego powodu... [s. 175]

 

Ten fragment jest jednym z moich ulubionych. Nietrudno stwierdzić, że nie potrafię się pogodzić z tym, że Kościół jest zbyt bogaty. Chociaż, mógłby być bogaty, gdyby nie to, że jedyne wydatki, jakie ma, to na budowę kolejnych kaplic, których przybywa jak grzybów po deszczu. Szkoda tylko, że wiernych jest coraz mniej. I będzie ich jeszcze mniej. I jeszcze mniej. W tych kilku prostych zdaniach zawarta jest cała Wiara, która jest moją Wiarą. Nie mogę powiedzieć, że jestem katoliczką, gdyż moja Wiara nieco odbiega od tego, czego obecnie uczą. Wracając jednak do książki, fragment zacytowany powyżej pochodzi z drugiego poziomu, o którym to wspominałam już jakiś czas temu. Drugim poziomem są notatki, które tworzył Min Yosŏp w trakcie swojego życia, swoich podróży i wieloletnich rozmyślań nad życiem i wiarą w ogóle. W notatkach wskrzesił postać Syna Człowieczego, który usiłował znaleźć wiarę, która będzie najbardziej zbliżona do prostego kodeksu zasad moralnych. Kochaj, pomagaj, nie osądzaj, nie wyzyskuj. Najciekawsze w tym wszystkim jest to, iż po wieloletnich podróżach ów bohater dochodzi do wniosku, iż tak naprawdę niemal każda religia bazuje na sobie nawzajem. Niemal niczym się od siebie nie różnią, czasami są nieco bardziej okrutne, czasami bardziej seksistowskie. Moim zdaniem - bardzo skromnym zresztą - część, która skupia się na podróżach Syna Człowieczego jest częścią zdecydowanie wiodącą. Czytając o kolejnych wiarach całkiem zapominałam o śledztwie, które zamierało na długie dni, jakby go w ogóle nie było.

 

Także i tam bogowie zrodzili się z ludzkiego strachu i niewiedzy, wzrastali w poczuciu niemocy i urazy, dojrzewali, łącząc się, potem się personifikowali, a starzeją się z powodu logiki i umierają z powodu wiedzy. [s. 187]

 

Pewna przeświadczenia o słuszności swojej tezy stwierdzam, iż część kryminalna jest w sumie nieistotna. Musiała powstać, by znaleźć powód, dla którego publikacja notatek Mina stała się wyjaśniona, w pewien sposób nawet pożądana. A że padło akurat na morderstwo... i tak bywa, nieprawdaż? Autorzy miewają najróżniejsze pomysły i jakikolwiek sprzeciw nie ma sensu. Nawet jeśli zabijają ulubionego bohatera. Znowu.

 

Zdałem sobie sprawę, że zewnętrzność każdej rzeczy jest tylko czasowym i subiektywnym wrażeniem, którego w każdej chwili dostarczają nam zmysły. Wrażenie to dalekie jest od prawdy. [s. 196]

 

To, co podobało mi się najbardziej, była zwykła szczerość. W tym, że tak naprawdę niezależnie od boga, nic nie ulegnie zmianie, gdyż każdy bóg jest jednym bogiem. Żaden z nich nie różni się zbyt wieloma elementami, z żadnym z nich "nie będzie nam lepiej". Z jednej strony jest to przygnębiające, ale z drugiej pokazuje, że jednak nie jest tak cudownie, jak to wszyscy usiłują utrzymywać. I za to cenię tę książkę. Bo otworzyła mi oczy na wiele elementów mojego życia. Miejmy nadzieję, że wiedza, którą z niej wyniosłam będzie czuwać nade mną jeszcze bardzo długo. Jeśli nie, przeczytam ją jeszcze raz, i znowu, i po raz kolejny.

""Cierpi się dokładnie tyle, ile to było warte, wydaje mi się więc, że w pewnym sensie ten ból upaja". Mój sprzeciw wywołała druga część tego zdania: wydała mi się niepotrzebnie masochistyczna. Teraz wiem, że zawiera prawdę. A nawet jeśli ból nie do końca upaja, nie wydaje się też daremny. Ból pokazuje, że się nie zapomniało; ból wzmacnia smak wspomnień; ból jest dowodem miłości. "Gdyby to nie miało znaczenia, nie miałoby to znaczenia"."

Julian Barnes - Wymiary życia, s. 150.

"Ktoś, kogo spotkałem tylko dwa razy, napisał, by poinformować mnie, że kilka miesięcy wcześniej "rak zabrał mu żonę" (kolejne wyrażenie, które działa mi na nerwy - porównajmy: "Cyganie zabrali nam psa", "Żonę zabrał mu komiwojażer"). Zapewnił mnie, że żal można przetrwać; co więcej, czyni to nas "silniejszymi", a pod pewnymi względami także "lepszymi". Uznałem to za oburzające (jak również przedwczesne samochwalstwo. Jak mógłbym być lepszym człowiekiem bez niej niż z nią? Później pomyślałem: przecież on po prostu powtarza słowa Nietzschego - co nas nie zabije, to nas wzmocni. A tak się składa, że od dawna uważam ten epigramat za szczególnie bałamutny. Jest wiele rzeczy, które nie zabijają, ale osłabiają nas na zawsze. Spytajcie kogoś, kto ma do czynienia z ofiarami tortur. Spytajcie psychologów, którzy pracują z ofiarami gwałtu i przemocy domowej. Rozejrzyjcie się i spójrzcie na tych, którym psychika zniszczyła zwykła codzienność."

Julian Barnes - Wymiary życia, s. 111-112

Było jedynie dogasającym nowojorskim popołudniem

Wysłuchane modlitwy. Powieść nieukończona - Truman Capote

Przyznam się bez bicia, iż od przeczytania tej książki do teraz jakieś sześć razy usiłowałam o niej cokolwiek napisać. Jednak jestem totalną sierotą życiową, która o wszystkim zapomina, której wiecznie trzeba wszystko przypominać itp. A że nikt nie przypomina mi o pisaniu, to nie piszę. Być może to smutne i przykre, ale o tym (tak mi się wydaje) niebawem coś wstawię. Trzeba skorzystać z długiego weekendu. 

 

Trumana nigdy nie czytałam. To muszę wyznać od razu. Wysłuchane modlitwy. Powieść nieukończona jest pierwszą i póki co ostatnią jego powieścią, jaką udało mi się zdobyć. Z tego powodu nie wiedziałam (ale tak absolutnie!), czego mogłabym się spodziewać. Podejrzewałam, że nie będzie to historia o tej jedynej, prawdziwej i romantycznej miłości, bo mimo wszystko Samego Capote'a odrobinę znam. Jednak zdecydowanie nie spodziewałam się zastać tego.

 

Możliwe, iż zabrzmiało to strasznie i okropnie, i beznadziejnie, ale jednak nie o to mi chodziło. Książka zdecydowanie mi się podobała. Miała w sobie coś, co sprawiło, że przeczytałam ją dość szybko, lekko i nawet przyjemnie. Prawdę powiedziawszy dobrze by było znowu ją przeczytać, by odpocząć, ale (o zgrozo) nie mam czasu. Zdecydowanie nie mam czasu.

 

Wracając do meritum sprawy, Wysłuchane modlitwy. Powieść nieukończona nie są o modlitwach, których uczą dzieci przed pierwszą komunią, oj nie. Cały tekst kręci się naokoło owych wysłuchanych modlitw. Pozwolę sobie tu przytoczyć zacytowane przez Trumana słowa św. Teresy

 

Więcej łez płynie z powodu wysłuchanych modlitw niż tych niewysłuchanych.

 

Prawdopodobnie większość opinii o tej książce twierdzi, iż głównym jej tematem jest seks. Ja tego nie zamierzam wykluczyć. Może brzmi to obcesowo, gdyż z jednej strony cytuję słowa tak sławnej i pobożnej kobiety, a z drugiej piszę o seksie jak o dominującym elemencie powieści. I tak jest. Z jednej strony mamy ból spowodowany przez te wysłuchane modlitwy, ból znacznie dotkliwszy od tego, który czujemy z powodu niewysłuchanych. Ale jednak z drugiej jest wyraźny fragment wyścigu szczurów, w którym tak naprawdę wszyscy uczestniczymy. Czy jestem krytyczna? Owszem. Wynika to między innymi z tego, iż sama po sobie widzę, że nawet jak nigdzie się nie spieszę to i tak nie mogę cieszyć się spokojnym spacerem, bo po prostu tak.

 

Wracając jednak do samego seksu, Capote pokazał bardzo ważną, ale jakże druzgocącą mnie sytuację. Wikłając swoich bohaterów w przeróżne historie, parował ich raz za razem, za każdym razem dla zysku. Staram się być jak najbardziej obiektywna, gdyż jest to jednak coś, co dla mnie jawi się jako paskudne. 

 

Powieść nie jest zła. Jest cholernie prawdziwa ukazując okropieństwo człowieka, którego bardzo często mijamy na ulicy. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że być może spotykamy kochankę naszego szefa, skądże znowu. Jednak warto sobie uświadomić, iż zaskakująca wielka liczba osób w ten właśnie sposób pnie się po szczeblach kariery. Pytanie - czy jeśli ten szczyt jest ową wysłuchaną modlitwą, jak szybko dotrze do nas rozum, który boleśnie ukaże nasze zepsucie?

 

Jest to niewątpliwie książka o seksie, zepsuciu człowieka, wykorzystywaniu siebie nawzajem, ale też o ambicjach i o potrzebach. Bardzo często satyryczna, zabawna, zdecydowanie wulgarna i perwersyjna. Prawdziwa.

Tak, jestem gotowy

Milion małych kawałków - James Frey

Czasami zastanawiam się, jak to jest trafić na książkę, która jest napisana w ten sposób, że po samym układzie tekstu, po składni można poznać, że pisała ją osoba, która w wielu sprawach zawaliła. Która upadła nie raz, leżała na dnie. I z tego dna nie była w stanie sama się podnieść. Jakiś czas temu (z rok już będzie), rozmawiając z Piękną miałam problem, by przestać mówić o książkach o narkomanach. Nie wiem czym dokładnie byłam tak urzeczona, co spowodowało moje zafascynowanie tym tematem w tamtym momencie. Wiem za to, iż poleciła mi ona właśnie tę książkę. Nie powiedziała o niej nic więcej poza "Spodoba Ci się". Ufam przyjaciołom. Właśnie dlatego tu trafiłam.

 

Kupiłam ją spontanicznie. Odkąd o niej usłyszałam, powracała co jakiś czas, gdy zastanawiałam się, co tym razem mogę otworzyć i rozpocząć. Oczywista - nie posiadałam jej, więc za każdym razem odpychałam od siebie tę pozycję i sięgałam po coś innego. Jednak jakoś w szale wiosennym robiłam większe zamówienie na książki (wstyd się przyznać, ale jeszcze jest jedna, której nie przeczytałam...) i do koszyka dodałam właśnie tę. Stwierdziłam, że należy mi się coś za odwalenie ogromu dobrej roboty, ewentualnie jako pocieszyciel, w razie gdyby coś się spieprzyło. I tak, po kilku miesiącach wreszcie po nią sięgnęłam, wreszcie otworzyłam jej okładki, poznałam kwintesencję. Ale o tym za chwilę.

 

Czytałam ją w różnych okolicznościach. Jadąc pociągiem, tramwajem, autobusem, na zajęciach, pomiędzy zajęciami, w kawiarni, stojąc w oczekiwaniu na transport. W nocy. W trakcie długich, bezsennych, irytująco samotnych i beznadziejnych nocy. W tej chwili naprawdę żałuję, że moje oczy nigdy nie pozwalały mi czytać tak długo jak chcę. Gdybym to mogła, prawdopodobnie już dawno bym ją skończyła. Wracając jednak do miejsc czytania, moim zdaniem nie ma idealnego. W środkach komunikacji ludzie zaglądali przez ramię i mierzyli wzrokiem natrafiwszy na całą gamę przekleństw. W kawiarni zapominałam o kawie, którą musiałam pić zimną. W nocy krzywiłam się z wielu powodów, nie mogąc odreagować niczego słownie, by nie obudzić współlokatorki. Być może w tej chwili pierwszy i ostatni raz wyleję z siebie emocje, które towarzyszyły mi tej lekturze.

 

Nie chcę być sam. Nigdy nie chciałem być sam. Kurewsko tego nienawidzę. Nienawidzę tego, że nie mam z kim porozmawiać, nienawidzę tego, że nie mam do kogo zadzwonić, nienawidzę tego, że nie mam nikogo, z kim mógłbym dzielić nadzieje i marzenia, nienawidzę tego, że przestałem mieć nadzieje i marzenia, nie znoszę tego, że nie mam nikogo, kto powiedziałby mi, żebym się trzymał, że jeszcze kiedyś je odnajdę. (s. 101)

 

Jest to zdecydowanie tekst, który wiele mi pokazał. Wiele nauczył. Wiele uzmysłowił, pomógł pewne rzeczy zaakceptować, w tym sprawy związane ze mną (nie, żebym coś brała, do tego na całe szczęście nigdy nie doszło). Postaci są niesamowicie różnorodne, jednak łączy je jedno. Wszyscy bez wyjątku potrzebowali kogoś. Kogoś, kto pozbiera milion małych kawałków, jakie z nich powstało. Właśnie w ten sposób interpretuję tytuł. Właśnie to podsunął w pewnym momencie sam autor. I uważam, że jest to jedna z najlepszych możliwości, jakie zapewnia nam nasza wyobraźnia.

 

Wiem, że kiedy człowiekowi zabierze się godność, zostaje dziura, głęboka czarna dziura wypełniona rozpaczą, upokorzeniem i nienawiścią do samego siebie, wypełniona pustką, wstydem i hańbą, wypełniona stratą i izolacją i Piekłem. (s. 191)

 

Podziwiam autora za to, że zamierzał napisać tę książkę. Jest kilka powodów. Jednym z nich jest całkowite obnażenie się przed tysiącami czytelników, całkowite pozbawienie się wszelkich sekretów. Ukazał swoje życie bez omijania niewygodnych tematów, był wobec siebie krytyczny, czasami nawet za bardzo. Ale jednocześnie po leczeniu zdaje sobie sprawę z tego, że nikt inny tylko on sam wpakował się w takie bagno. I bierze na siebie odpowiedzialność. Moje słowa na ten temat wyglądają tak ładnie, jak gdyby James nie czuł strachu. Prawda jest jednak taka, że czuł potworny strach. Potworny ból, potworną samotność. Czuł, że to koniec, że dalej nie da sobie rady, że niżej upaść już nie może. Jednak moim zdaniem właśnie tym przejawiała się jego odwaga. Zdawał sobie sprawę ze swoich błędów, ze swoich słabości i bał się ich. Kto nie by się nie bał? Prawdopodobnie tylko idiota. 

 

Jestem zmęczony tym uczuciem, chcę umrzeć, żebym już nie musiał czuć. Chciałbym być miękki i ciepły. Byłbym przerażony. Gdybym był ciepły i miękki, można by mnie skrzywdzić. Mogłoby mnie skrzywdzić coś oprócz mnie. Trudniej jest być miękkim niż twardym. Mogłoby mnie skrzywdzić coś oprócz mnie. (s. 246)

 

James solidnie wyznaje wszystkie swoje błędy. Nie umniejsza ich, pokazując je takimi, jakie były w rzeczywistości. Nie umniejsza swojej zasługi w popełnianiu tychże. Opisuje wszystko tak jak widzi, tak jak czuje, tak jak myśli. A nie zawsze jego myśli są poukładane. Idealnie obrazują to bazgroły, które dzielą całą książkę na trzy części. Nie mają żadnej regularności, coś takiego mógłby stworzyć każdy, jeśli tylko przyjdzie taka ochota. Jeśli przyjdzie potrzeba. Potrzeba silniejsza od wszystkiego innego. Potrzeba wykrzykiwania o tym, że sobie nie radzimy. Potrzeba znalezienia pomocy, którą znalazł James, a która pomogła mu pozbierać jego milion małych kawałków i skleić je w jeden model. Nie jest on idealny, ale jest w jednej części. I był gotowy pokazać go światu. 

 

[wszystkie cytaty pochodzą z: James Frey: Milion małych kawałków, przeł. Patryk Gołębiowski, Warszawa]